środa, 27 sierpnia 2014

Rozdział piąty - nie było mi źle.

Blondynka wskazała na krzesło po środku. W duchu się upewniłem, czy leki, które kazała mi brać każdego dnia lekarka, wziąłem. Inaczej.. współczułbym tym ludziom. Przygryzłem wargę. Patrzą się na mnie.. oczekują opowieści. Otwierać się przed innymi, chociaż jestem tutaj zaledwie kilka dni? Spokojnie.. nic nie powinno wyjść po za mury.. ośrodka. Spojrzałem na Chan. Jej mina mówiła wszystko „Polegnie, nie da rady wypowiedzieć aż tyle rzeczy” albo… „proszę zrób to dla mnie, lub chociaż dla siebie”? Dwie opcje.. jedna odpowiedź. Zamknąłem na chwilę oczy. Jak zacząć.. to jest cholernie trudne.
-Nie wiem.. co powiedzieć. Nigdy czegoś takiego nie robiłem.. – spuściłem głowę. Po raz pierwszy potrzebuje pomocy. Kurwa..
- Zacznij od tego, kiedy zaczął się twój problem. – chłopak w czarnych włosach odezwał się.
-Problem? Ojeju.. – westchnąłem. Aż tak daleko każą sięgać pamięcią? Wyzwanie.. którego nie chciałem się podjąć. Ręce zaczęły mi się trząść. Co do.. zacząłem się najzwyczajniej w świecie denerwować! Wzrokiem błądziłem po ścianach. Ratunku.. pomocy! Nie, jednak się pomyliłem, nie chcę nic mówić! To jest chore! Nie nabrałem do nich zaufania. Mój oddech wyraźnie przyspieszył. Próbowałem ułożyć sensowne, albo chociaż wybiec z pomieszczenia. Efekt? Jakbym był sparaliżowany. Trząsłem się. Jestem debilem, nie daję rady. Co oni myślą? Że jak usiądę z obcymi osobami w jakimś kółeczku, to się otworzę? Dobre żarty.  Nagle podniosłem się i ruszyłem przed siebie. W końcu! Nieznaczna wolność, ale jednak! Gdy tylko opuściłem pokój cały stres ze mnie odpłynął. Nigdy tam nie wrócę. Po cholerę szedłem z tą dziewczyną?
Minął miesiąc.
„mój stan.. poprawił się. Bardzo. Co jest tego przyczyną? ONA. Ostatnio miałem silne ataki. I to takie, że traciłem kontrole. Doszło do tego, że rozwaliłem cały pokój. Złe leki? Zwykłe zdenerwowanie? Nie mam zielonego pojęcia. Jestem pewien, że wina leżała po stronie lekarza. Te całe środki uspokajające.. pobudzały mnie tylko! Wracając.. w jednym dniu.. opamiętałem się. Ktoś by powiedział.. Clifford zmieniłeś się nie do poznania. Chyba tak..” zamknąłem pamiętnik. Ha ha. PAMIĘTNIK. Podczas jednej z terapii, gdzie były osoby.. o podobnych zaburzeniach do moich padło takie rozporządzenie. „Denerwujecie się? Macie jakąś dobrą chwilę? Zapiszcie to sobie, będziecie pamiętać”. Nie do końca to rozumiałem. W końcu.. chłopak.. piszący takie coś? Przynajmniej wewnętrzne demony przestają nękać mój umysł. Westchnąłem i położyłem się na łóżku. Od razu przypomniało mi się wydarzenie, które zadecydowało.. generalnie o wszystkim.
Było popołudnie. Wróciłem zmęczony rozmową z psychologiem. Kopałem każdą rzecz, jaka stała na drodze. Byłem roztargniony od samego rana, z resztą jak zawsze. Nie pamiętam dokładnie co potem robiłem, ale na wieść, że za dwa tygodnie Luke chce.. odwiedzić takiego nieudacznika jak ja.. zaczynałem wpadać w szał. Głosy w głowie.. spowodowały, że straciłem kontrole. Nawet nie zauważyłem kiedy weszła Chan. Wrzeszczałem, kopałem, przeklinałem. Szepty nasilały się z każdą chwilą. Nie wiedziałem co robię. Wtem.. gdy nadeszła najgorsza agresja z mojej strony.. JEJ głos przebił się ponad wszystkie. „Michael ty nie jesteś taki. Nie zachowujesz się tak. To nie ty. Błagam Cię.. walcz. WALCZ o samokontrole. Jeśli nie dla siebie.. zrób to dla mnie. Wierzę, że słyszysz te słowa.. proszę”. Jakby na zawołanie przystanąłem z szeroko otwartymi oczami naprzeciwko niej. Szok.. jedyna rzecz jaką odczuwałem. Jakim sposobem ona..
Nikt tak wcześniej nie zrobił. Nikomu się nie udawało. Mogli do mnie gadać, a ja miałem ich głęboko gdzieś. Cud? Channtell jako jedyna się mnie nie bała. Jakaś inna pewnie wydzierałaby się w niebogłosy, że znajduje się z psychopatą. Bum.. normalnie niespodzianka.
Westchnąłem. Czy jestem wdzięczny losowi? Niezłe. Dlaczego do głowy przyszło mi takie głupie pytanie? Nienawidzę siebie, za pewne sytuacje.. ale no kurwa, bierze się głęboki oddech i jedzie dalej. Nie ma zmiłuj.
-Pana przyjaciel czeka w Sali 25. – przez drzwi wyjrzała pielęgniarka. „Przyjaciel”. Serio? Hemmings zasługuje na takie miano? Nie wiem. Powoli zwlokłem się z łóżka i poczłapałem do tak zwanego „miejsca spotkań”. Miesiąc czasu na lekach.. plus.. sprawiałem kłopoty.. za to wydali pozwolenie? Ok, nie odzywam się w końcu chyba nie tylko ja nie ogarniam tego systemu. Ciekawe czy się zmienił.. czy jakoś sobie radzi.. ostatnio widział mnie.. kiedy byłem przewożony tutaj. „Ugh.. po cholerę o tym myślę?” przez głowę przemknęła myśl, gdy trzymałem gałkę do drzwi. Będzie ok.. mam taką nadzieję.
Niepewnym krokiem wszedłem do pomieszczenia. Blondyn nerwowo wystukiwał palcami rytm na stoliku. Lekko odchrząknąłem, zwracając na siebie uwagę. Nie będzie łatwo, tyle powiem.
-Jak się czujesz? – zapytał na samym początku. Szczerze spodziewałem się czegoś innego. Obejrzałem się do tyłu. Takie dziwne uczucie.. unikałem jego wzroku za wszelką cenę. Przełknąłem ślinę.
-Chyba.. dobrze.. – powiedziałem na wydechu. –Czekaj.. co ty masz pod okiem? – spytałem, wskazując jego lewy polik. Luke bił się? Skąd on to ma?! Fioletowa śliwa idealnie obrazowała porażkę Hemmingsa. Cudownie.. jeśli oznajmi, że przejął moją fuchę.. rozpłacze się. Serio.
-Stary, nie zawracaj sobie..
-Dostanę odpowiedź czy nie? Co ty takiego wyprawiasz teraz? – zaśmiał się. Uhu, lekceważenie, witam! Wywróciłem oczami. Nie takiej rozmowy się spodziewałem. Czy mogę już iść? Przynajmniej CHAN rozumie Michaela aka szaleńca.
-Nic. Wow.. nie poznaję Cię. Martwisz się o mnie? Psychiatryk zmienia ludzi.. – przerwał, widząc grymas. Dla swojego dobra.. niech nie przegina. –Były mojej laski spuścił mi lanie.. – opuścił głowę. Ok.. zgubiłem się. Najpierw „ha ha pośmiejmy się z Clifforda”, a potem szczerość? Zrozumiałbym, ale znikąd zacząłem się śmiać. W dodatku tak mocno, że złapałem się za brzuch. –Co w tym takiego zabawnego? – zakrył swoje usta. Zaraźliwy śmiech.. zapamiętam.
-Nasz Luke.. ma.. dziewczynę? Wow..  – zaczerpnąłem powietrza, po czym złapałem jego prawą rękę. –W tej sytuacji mogę jedynie Ci pogratulować – na mojej twarzy pojawił się uśmiech. Byłem z niego.. dumny? Prawdopodobnie. Zaskoczony też się uśmiechnął. Dobry humor powraca.. czekałem na to kilka lat..
-Nie wiem co oni z tobą robią, ale to coś jest ok. Stary ty nigdy w życiu nie okazywałeś radości.. w szczególności przy mnie. Jestem w szoku. Bałem się spotkania.. – zaczął opowiadać jakie miewał obawy. Że rzucę się na niego, albo gorzej. Ej no.. jak na razie przetrwałem te 30 dni, przede mną.. 150? Cholera.. przeżyję. Wielokrotnie poprawiał swoje włosy. Rozumiem. Zarósł.. żeby aż tak? W dodatku ta cała Sophia.. generalnie pomaga mu. Gdy wspomniał o bójkach na ulicy zrobiło mi się niedobrze. Opuszczę ten ośrodek.. zabieram matkę i wyjeżdżamy z chorego miasta. Zostawię przeszłość za sobą, choć kawałki zawsze będą za mną ciągnąć w nieskończoność. Ciekawe co u niej słychać. Jak sobie radzi.. nie odbierała telefonów. Po części martwiłem się z tego powodu. Niby sąsiadka służy pomocą, lecz.. nie wierzę w plotki.
Po godzinnej rozmowie pożegnałem się z kumplem i wróciłem brązowym korytarzem do pokoju. Roześmiałem się widząc Channtell sięgającą jakąś rzecz na komodzie, która była.. na pewno wyższa od niej.
-Mam! – radośnie pisnęła, nie zauważając mnie. Nie byłem do końca niewidzialny, ponieważ chwilę potem zderzyliśmy się. W sumie to ona, bo ja spokojnie stałem, przyglądając się całej akcji. –Przepraszam – zachichotała. Odgarnęła swoje czarne włosy i usiadła na łóżku. Zaciekawiony dołączyłem się do dziewczyny. „Album ze zdjęciami.. nie śmiej się bez pozwolenia!” Ok sumienie, nie musisz uprzedzać.
W skupieniu patrzałem jak przewraca kolejne kartki. Mała dziewczynka na huśtawce, z rodzicami.. być może razem z rodzeństwem. Następne fotografie przedstawiały nastolatkę. Urodziny, święta..
-Wiesz co Michael? Nie było mi źle wtedy. Rodzina posiadała inne nastawienie w stosunku do mojej osoby. Takie pozytywne. Po tym jak zaczęłam się ciąć.. zmieniło się diametralnie. Nie rozpoznawałam ich. Aż do momentu.. kiedy siostra powiedziała, że się za mnie wstydzą. Kumasz? Ale.. czy to teraz ważne? Ha ha. Mam ich gdzieś. Słuchaj.. mówiłeś.. wspomniałeś o swojej mamie.. – Moment.. zdziwiony spojrzałem na nią. Przy Chan nie wspominałem o niej. Chyba, że.. podsłuchała rozmowę z Luke’m. Nieładnie. Odruchowo objąłem ją. Mina – bezcenna.
-Czy chcesz mi coś powiedzieć? – zapytałem na spokojnie, powoli mówiąc zdanie, aby nie dopuścić do nerwów, które czekały na mały wybuch. Wziąłem parę głębokich oddechów, żeby się uspokoić.
-Będziesz zły, jeśli oznajmię, że trochę posłuchałam? – wyszeptała. Nie bała się moich wybuchów, ale nie wiadomo co można po mnie oczekiwać. Skinąłem na „nie” i mocniej przytuliłem „Chinkę”. Skąd ta bliskość? Też chciałbym znać odpowiedź na to pytanie.

Rozdział czwarty - twoja historia.

Dziewczyna przyglądała mi się przez dłuższą chwilę. Jakby próbowała coś wyczytać z twarzy.. zabawne. Odwróciłem głowę w drugą stronę.. dręczy mnie jedna sprawa nananana. Aż strach oto zapytać. „Nie zostaniesz wyśmiany! Do odważnych świat należy!” Ok.. to było całkowicie dziwne.
-Hej.. garbisz się.. – powiedziałem jak najszybciej potrafiłem, na co usłyszałem jej chichot. Brawoo.. przed państwem chłopak o przezwisku „szaleniec” staje się „komikiem”. Gorzej nie może być co? Cisza!
-Może trochę.. przepraszam, jeśli Cię wystraszyłam.. miałeś minę, jakbym zabiła tobie rodzinę ha ha – drugi raz.. ten sam chichot. W dodatku jaka szczera. Uhu. Wywróciłem oczami. Nic nic nic. Nie mam pojęcia jak długo śmiała się, ale wystarczająco, abym zdenerwował się. Jeny, ile można? Podobno kiedyś ktoś umarł ze śmiechu..
-Dziwna jesteś – mruknąłem, wysilając się na lekki uśmiech. Był w chuj fałszywy, ale co tam. Chan przestała w końcu „rechotać” powracając na ziemię. Wo hoo. Nareszcie. Ej.. dlaczego zrobiło mi się gorąco. Jest włączona klimatyzacja, ja nawet nie krzyczałem.. what the fuck? Próbowałem ogarnąć ten stan. Nie, zero pomysłu. Położyłem głowę na chłodnym blacie, odwracając się w stronę brunetki. O taak. Gites majonez. Przymknąłem na chwilę oczy. Lekki chłód muskał mój polik. Jakie określenie.. gdybym to usłyszał, ryknąłbym śmiechem.
-A ty zbladłeś. – usłyszałem odpowiedź. –Fuj, jadłeś szpinak? Nasze panie ze stołówki nie za bardzo wiedzą jak go przygotowywać, nie wiem jakim cudem jeszcze żyjesz – wow wow wow, stop! Co ona powiedziała? „Jakim cudem jeszcze żyjesz?” Chyba zaraz rzygnę.. to dlatego napadł mnie atak ciepła. Że ja o tym nie pomyślałem. Podniosłem się, opierając na łokciach. –Musimy wracać.. spać. Pomóc Ci? – zapytała. W czym pomóc? Ee? Wstałem, ale pożałowałem tego. Kręci mi się w głowie. Pokiwałem na „tak”. Moment później poczułem jak drobne ciałko znajduje się pod moim lewym ramieniem i rusza do przodu. Spokój jaki odczuwałem przez całą drogę do pokoju, był dosłownie niemożliwy. Jak taka.. dziewczyna zaczyna wpływać.. na Michaela Clifforda? Chyba.. dobrze. A niech to. Gadam o sobie w trzeciej osobie. Gdy tylko dotarliśmy na miejsce opadłem na łóżko. Z resztkami sił przykryłem się kołdrą. Skąd ten spadek sił? Leki..
Kilkakrotnie zamrugałem powiekami. Obudziłem się. Niespotykane.. zazwyczaj śpię jak zabity, a tu nagle takie coś. Próbowałem „odczytać” godzinę z zegara na ścianie, ale bez skutku. Za ciemno. Nie mogli nam dać takiego elektronicznego? „Nie zasługujesz na to Clifford. Taki śmieć jak ty powinien cierpieć za wszystkie krzywdy. Jesteś nikim. Zwykłym gówniarzem, który o mało co nie zabiłby najlepszego przyjaciela. Nie pamiętasz? Ścigałeś się z Lukiem ukradzionymi autami. Niby zabawa, dopóki w niego nie wjechałeś. Krew wszędzie.. nie miałeś pojęcia co się stało..”
-Bo byłem w szoku! Łzy leciały po mojej twarzy, kiedy go zobaczyłem! Wybaczył mi! Niech te wyrzuty sumienia dadzą mi spokój! Aghh.. – złapałem dłońmi poduszkę i przycisnąłem do twarzy. Szaleję.. nie wytrzymuję. Podobno pierwsze dni są najgorsze. Natłok myśli i tak dalej. A co się ze mną dzieje? Wyrzuty sumienia pożerają mnie od środka! Są na to leki? Oczywiście, że nie! Głupi, głupi, głupi..
„-Mikey.. nie chcę odejść..”
„-Synuś.. ja w Ciebie wierzę, będzie dobrze. Ty taki nie jesteś.. to ONI Cię takiego stworzyli..”
„-Potwór! Potwór! Powiedziałem Ci, że pieniądze będą na jutro!”
„-Masz przejebane stary..” Kręciłem się na materacu przez dłuższy czas. Te.. dialogi.. debilskie wspomnienia.. jak na złość dawały o sobie znaki. Ok, czyli.. Michael nie może zasnąć, podokuczajmy mu, aby poczuł się jeszcze gorzej! Wspaniale! A gdzie podziały się kucyki pony? Przecież one są takie złee. Wielokrotnie wrzeszczałem w podgłówek, mając świadomość, że nie jestem tutaj sam.
Nie wytrzymam do rana.
(…)
Godzina 10:00. Śniadanie niby zjedzone.. jestem przebrany w czyste ubrania.. włosy też są ok. Nie napada mnie gniew, chociaż.. coś nie pasuje. Siedzę w durnym kółeczku, słuchając jak inni opowiadają „swoje historie”. Ha ha normalnie grupa wsparcia. Nie potrafiłem zachować powagi. Niektóre rzeczy.. wydawały się tak zabawne, że nie mogłem sobie wyobrazić tego, jakim trzeba być łamagą, aby zrobić.. odwalić głupotę. „Wylałem na siebie zupę, to było straszne” Czy mogę stąd wyjść? Przesunąłem swoje krzesło jak najdalej. Czuję się.. jak niedorozwój? Kurde ja mam problemy z czymś.. zupełnie odległym od tego. Wyszedłbym bez gadania, ale.. ONA patrzała.. i.. jakby kazała mi zostać. Westchnąłem. Jeny.. kiedyś będę tego żałował.
-Dobrze, a teraz ktoś inny. Chantell możesz podzielić się z nami? – zapytała blondynka, podpierając się na.. kuli? Złamana noga tak? Przepraszam.. czy tylko mi śmierdzi filmem „Gwiazd naszych wina”? Te spotkania. A jednak pamiętam! Myślałem, że ten film jest durny i tak dalej, jednak.. błąd? Cholera.. co ze mną się..
-Chciałabym.. jednak.. jest z nami osoba, którą chciałabym wysłuchać. – wskazała w moim kierunku. Że co?! Nie, nie, jeszcze raz nie! Nie opowiem tym dziwakom.. Kurwa.. mogłem się domyślić, o „haczyku”.
-No chyba nie..
-Michael. Twoja historia. Proszę.. – powiedziała stanowczym tonem. Woo dziewczyna wydała swój pierwszy rozkaz. Czekam na dalszy rozwój akcji. Pokręciłem głową na nie. Nie chcę.. nie zmusi.. „Boisz się tych ludzi? A co oni Ci zrobili? Mają swoje kłopoty, mówią o nich otwarcie. Ty jesteś tchórzem! Debilem zapatrzonym w swoje własne ego! Spójrz co właśnie wyprawiasz!” Czy wspominałem, że moje sumienie.. uaktywniło się? Wziąłem głęboki oddech. Nie zależy mi..
-Pod warunkiem, że ty powiesz po moim „wystąpieniu” – wykonałem rękoma cudzysłów w powietrzu. Coś za coś? Pójdzie na taką ugodę? Już chciałem wykonać ruch, gdy usłyszałem odpowiedź.
-Zgoda. Zgadzam się – posłała uśmiech. Wpadłem..

Rozdział trzeci - siedzimy w tym razem.

Wygląd dziewczyny mnie poraził. Była.. chyba na pół Chinką i kimś tam jeszcze. Smutno wpatrywała się przed siebie. Na jej nadgarstkach.. widniały brązowe linie. Cięła się? Jaki był powód? I od tego ludzie trafiają tutaj? Ja to co innego. Wybuchy gniewu i tak dalej. Jestem pewien, że ona nie ma z tym problemu. Durne pytania…  na które nie chciałem odpowiedzi. Westchnąłem. Nie lubię takich ludzi. Zbędnie szpecą swoje ciało. Kurde, o czym ja myślę!

-Nie patrz się tak. Czuje jakbyś wypalał mi dziury w dłoniach – powiedziała cicho. Ok.. obróciłem głowę w drugą stronę. Czyli.. gapienie się w prawą stronę do końca moich dni? Masakra jakaś.
-Dlaczego to zrobiłaś? – wypaliłem, gryząc się w język. Ciekawość zawsze zwycięża. Tym bardziej.. że mam do czynienia z młodą kobietą. „Łaa nowe określenia, które wcześniej były nieznane”. Nie usłyszałem odpowiedzi, więc byłem zmuszony, aby odwrócić się z powrotem. Ona.. tępo wpatrywała wzrokiem w swoje dłonie. Niezręcznie. –Tak, o tym właśnie mówię – teraz to ja zostałem „przewodnikiem rozmowy”. –Halo, jesteś tu? – cisza. Nie będę tak rozmawiał. Lekko wkurwiony wstałem i poszedłem do łazienki. Fuu.. ale cuchnę. Szkoda, że wcześniej tego nie wyczułem. Śmierdzi ode mnie na kilometr! Po prysznicu wróciłem na swoje miejsce. Jakieś 3 minuty temu przeczytałem kartkę leżącą na stole. „Od teraz wszystko się zaczyna. Gra rozpoczęta” Nie wiem w jakim celu ktoś to napisał i dlaczego. Podrapałem się w głowę. Nic nie pasuje..
-Gra rozpoczęta.. siedzimy w tym razem.. – westchnęła dziewczyna. Zrobiłem duże oczy. Skąd ona.. to jej robota? Sama napisała eee.. zgłupieje zaraz.
-Do mnie powiedziałaś..
-Tak.. byłam tutaj wcześniej.. – odwróciła się w stronę okna. Wow.. Michael.. w stosunku do niej, jesteś „macz beder”. Zdezorientowany usiadłem na swoim łóżku. Zacząć rozmowę czy też nie. Prowadziłem ze sobą konflikt. Jakim cudem ona trafiła do tego pudła.. po raz kolejny? Nie wierzę.. po prostu nie wierzę. Wypuściłem gwałtownie powietrze z płuc. Skąd ta nagła niepewność, po tych słowach. Czyżby w końcu to „dobre sumienie” przebudziło się? Bo jak na razie, większość czasu byłem wkurwiony, rozkojarzony i tak dalej. Nie potrafiłem wydusić z siebie.. nic.
-Nie rozumiem czegoś.. jak ty.. jesteś tu drugi raz? – po dziesięciu minutach udało mi się ułożyć konkretne zdanie, brawo! Należą się owacje na stojąco! Ona nadal nie odpowiadała. Jakby stworzyła barierę pomiędzy sobą a mną. Ok.. wykorzystam „mój dobry humor” i spróbuję nakłonić ją do.. kurwa.. nie zwierzy mi się. Haha, bo po co! Poznajesz kogoś pierwszego dnia i od razu masz do niego zaufanie? No właśnie. Takie rzeczy się nie dzieją „od tak”.
Rezygnuję. Jeżeli „Chan” chce rozmawiać.. ok. Nie zamierzam kogoś zmuszać.. „A kiedyś sam tak robiłeś, no spójrz.. ten biedny Kevin, który wisiał Ci kasę. Prawie pobiłeś chłopaka do nieprzytomności, bo nie dotrzymał obietnicy, nieładnie”.
-Obietnic się dotrzymuje.. – wysyczałem przez zaciśnięte zęby. Pokręciłem głową. Czy to cholerstwo da kiedyś spokój moim myślom? Usiadłem na łóżku, a następnie wyszedłem. Zachowuję się.. jak palant.. czyli jak zawsze. Nie wiedząc czemu skierowałem się z powrotem na stołówkę. Potrzebuję.. potrzebuję.. ah sam nie wiem! Kiedy tylko wziąłem kanapkę do ust, szybko ją wyplułem. Trują ludzi.. szpinak?! Pozbędę się tego z żołądka później.
Zastanawia mnie.. co z tą dziewczyną nie tak. Jaki był powód, że jest.. drugi raz.. masakra jakaś. Nikt nie powinien wracać do takiego miejsca. Nawet ja.. postaram się.. raczej.. będę się starał, aby wrócić.. chociażby dla matki. Została sama w domu. Ojczulek „pracuje” w Europie i ma na nas wyjebane. Liczy się dla niego tylko czy co miesiąc kasa doszła. Jestem pewny, że ma laskę, ale nie chce mamy martwić, więc zwyczajnie o tym nie mówi. „Tęsknię za tobą”. Taa.. od dwóch lat? Takie bajeczki, można opowiadać dzieciakom, a nie.. dorosłej osobie. Gdyby.. nie wyjechał.. jakoś przypilnował moje zachowanie.. byłaby szansa, że właśnie w tej chwili robiłbym zupełnie o innego. Nie.. wale nie obwiniam ojca.. po prostu.. rodzicielka.. znaczy się.. mama nie dopilnowała swojego jedynego dziecka. Nie chciałem żeby cierpiała.. straszny widok, gdy jedyna osoba na świecie płacze.. widząc Ciebie.. ostatni raz na kilka miesięcy. Zamknąłem oczy. Dlaczego wszystko musi być takie ciężkie? Dlaczego no? Człowiek się stara.. ups. Znajdzie się ktoś, kto podłoży pod nogi kłodę. Jakie refleksje.. podziwiam samego siebie, jestem w szoku.
„Zgnijesz tam!” „Normalny nigdy nie będziesz!” „Ciebie nie da się uratować!”
-Dość, dość, dość.. – wyszeptałem. Błagam niech znowu się nie zaczyna, bo skończy się źle. Tak jak uczono, wziąłem dziesięć głębszych oddechów. Trochę pomogło..
-Nie wiedziałam, że zobaczę Cię tu. – ten głosik.. moment. Uniosłem twarz do góry.
-Ty mnie śledzisz? – zapytałem zdziwiony. Ostatnia osoba jakiej się spodziewałem, to właśnie ona.
-Nie, po prostu lubię przychodzić, kiedy nikogo nie ma. Całkowita cisza.. pozwala na spokojnie przemyśleć pewne sprawy. – usiadła na krześle obok. Ale chuda.. wystające obojczyki.. szpinak płynie w górę rzeki.. skąd taka reakcja? Wolałbym tego nigdy nie wiedzieć. Są dwa wyjścia..
1) Chan się garbi,
2) Mam omamy.
Żeby wyszła opcja numer jeden nooo.

środa, 13 sierpnia 2014

Rozdział drugi - to wcale nie jest zabawne.

Po długim śnie zostałem wybudzony przez rozmowę kogoś na korytarzu. Wystraszyłem się, że mój „współlokator” już zajął swoje miejsce, więc odwróciłem głowę w lewo. Pustka.. mogę odetchnąć z ulgą.
Przekręciłem się na drugi bok. Ale mnie łeb boli.. czyli jak zawsze kiedy zmienię miejsce spania. Chore. „A czego się spodziewałeś? Wygodnego łoża, w którym będziesz spał jak król?” Niekoniecznie..
Tępo wpatrywałem się w zegar na ścianie. Cholerstwo. Bateria padła, a wskazówki uparcie próbują brnąć do przodu.
-Clifford, wstawaj. Dzisiaj twoje pierwsze zajęcia. – zajrzał po raz kolejny koleś. Czy jego praca polega na informowaniu o beznadziejnych rzeczach?
-A co ze śniadaniem? Mam znowu zemdleć? – prchnąłem. Będę się śmiał, jak schudnę przez to gówno. I tak wyglądam mizernie. „Chuderlak”, „Nie dasz sobie rady!” Głośno westchnąłem. Nie.. to nie jest normalne, że coś mówi o moich słabościach. I to w dodatku.. sumienie? Za nic nie wiem co.
-Przebierz się w rzeczy w szafce i za 10 minut wracam po Ciebie – odparł i wyszedł, zostawiając mnie samego. Leniwie opuściłem stopy na podłogę. Auć. Jakiś ruch by mi się przydał. Posłusznie wykonałem polecenie i przebrałem się w dresy. Lepszych ubrań nie mieli. Czuję się.. ok. Dobra, jestem zdrowy, wystarczała jedna drzemka, pomocy! Jakby od niechcenia usiadłem na parapecie. Przeginałem w niektórych sytuacjach, ale żeby doprowadzić do wylądowania.. w takim miejscu? Stoczyłem się na dno i chyba w nim zostanę. Facet jak obiecał, tak wrócił. Jako tako podreptałem za nim do.. stołówki. Pomieszczenie wyglądało na niedawno wyremontowane. Na białych ścianach wisiały obrazy, jakby miały pomóc. Kurwa, nie udało się. Z kilometra czuć ten drętwy klimat. Usiadłem przy jednym ze stolików i czekałem aż Steven – tak nazywa się mój „opiekun” przyniesie żarcie na tacce. Prawie odruchem wymiotnym zareagowałem na tosty polane jakimś sosem. Fuj, zawsze tego nie tolerowałem. Same tosty, jasne, zjem. Tyle, że sos.. wyglądał nieprzyjaźnie.. brązowy.. gęsty.. help, rzygam. Po kilku minutach zostałem zmuszony do zjedzenia tego pod pretekstem, że obiad będzie dopiero o 14:00 lub o 15:00. Super.
Zajęcia z terapeutą, czy psychologiem były tak nudne, że przysypiałem. Nie powinno się to odbywać osobno? W grupach występuje ryzyko niebezpieczeństwa.. chłopak przede mną co chwilę wcinał się mu w słowo. Przeklinał gorzej ode mnie. W końcu wyprowadzili go. Haha! Aż poczułem się normalnie. Bez przesady, ale w porównaniu z nim, ja jestem całkowicie spokojny. Przeczesałem włosy ręką. Teraz siedziałbym na lekcjach, ignorował uwagi nauczycieli, ale ups.. znajduję się gdzieś indziej. Nagle zacząłem się bujać.. raz w prawo raz w lewo. Zachciało mi się tak strasznie śmiać. Miny reszty – bezcenne. Dziwne. Po zajęciach mieliśmy prawo wyboru.. do pokoju lub na świeże powietrze. Druga opcja wydawała się całkiem spoko. Mm Clifford spójrz, twoje nastawienie się zmienia, a to dopiero pierwszy dzień. Ha!
-On.. po prostu powiedział, że jestem straszna, że nie potrafię się opanować. Wyzywał od debilek, dziwaczek. Zranił tak bardzo – jakaś dziewczyna żaliła się drugiej. Pokręciłem głową. Za blisko podszedłem. Zatrzymałem się przy wolnej ławce. „O spójrz, ten kawałek drewna jest nawet do rozwalenia, jeśli się wysilisz..”
-Dość.. – po cichu syknąłem. Ja nie wiem co się wyprawia w tym pustym łbie. Zacisnąłem pięści. Znowu.. wdech.. wydech.
-Przepraszam.. pan Clifford tak? – zapytała jedna z pielęgniarek. Skinąłem głową. W tej sytuacji nie wypadało abym się chamsko odezwał. –Oto pana leki. Będzie je pan przyjmował codziennie, według zaleceń lekarza. Nie martw się – położyła dłoń na ramieniu. –To dla twojego dobra. Wyniki badań i tak miałeś nie najgorsze. – uśmiechnęła się ciepło. Nie najgorsze? Czy ja dobrze usłyszałem? Nie miałem chyba omamów.. czyli.. jest ktoś.. z.. gorszymi?
Nie odezwałem się ani jednym słowem. Wziąłem tabletki, popiłem wodą i zszokowany usiadłem. Myślałem, że.. jestem ten zły. Ale to..
Reszta dnia minęła całkiem spokojnie. Nie narzekałem. Po za dwoma wybuchami na stołówce, bo jakiś dureń pobrudził mi dresy. Po godzinie 17:00 wróciłem do pokoju trochę zmieszany. Serce waliło o klatkę piersiową niesamowicie szybko. Skąd to się bierze?
-Patrzcie, patrzcie, patrzcie. Nasz nieustraszony Michael w takim miejscu.. w końcu nauczyciele się nas posłuchali. Dobry wybór padł, aby Cię zabrać. Pogrążyłeś się.. nie licz na szczęśliwy powrót, bo takiego nie będziesz miał – podskoczyłem na dźwięk tego głosu. Gwałtownie się obróciłem. Tyler? Skąd on tu. –Uu ktoś się wystraszył, przykro.
-Idź stąd.. zostaw mnie.. – mówiłem po cichu. Tyler był jedyną osobą jakiej się bałem. Pogromca ze szkoły średniej. Brałem od niego kiedyś narkotyki.. tak na spróbowanie. W zamian miałem coś wykonać. Nie zakończyło się to sukcesem. Od tamtego czasu unikałem go jak ognia.
-Mam zamiar prześladować twój umysł, aż się wyczerpie i padnie śmiercią! – wymówił głośno, a ja chwyciłem się za głowę. Nieprawda, jego tu nie ma, przebywam sam z nikim innym jak ze sobą, to tylko wyobrażenia, moja wyobraźnia postanowiła zabawić się w grę, której nienawidzę. Wpadłem w trans. Krzyczałem, turlałem się na łóżku. „W razie gdyby coś się działo, wciśnij czerwony guzik” powiedziała dzień wcześniej ta miła pielęgniarka. Nie wiem jakim cudem sięgnąłem ręką i walnąłem w to gówno. Niech mi pomogą, sam sobie nie radzę. Tracę nad tym kontrolę!
Stało się. Lekarze migiem wbiegli do pokoju i podali lek uspokajający. Ulga.. jedyne uczucie, które wstąpiło w moje ciało. Zamknąłem oczy. Sen.. cholero ty przyłaź, kiedy Cię potrzebuję!
-Aaaaaaa! Stop! Przestań! Kurwa boli! – wrzasnąłem budząc, a raczej dobudzając się. Miotało mną jak.. no po prostu miotało. Taki koszmar.. Tyler przeciągnął na swoją stronę Luke’a i chcieli zabić mnie. Nie potrafiłem się uspokoić. Wierzgałem się, szarpałem z kimś. Nie mogłem otworzyć oczu, ale igła wbijająca się w lewą rękę dała o sobie znać. Głęboko odetchnąłem.
-Wow, nie tylko ja mam koszmary, w dodatku takie mocne – odezwał się głosik po lewej stronie. Przez chwilę się zastanowiłem. Zabrzmiał on nie we mnie, lecz.. na zewnątrz. Niechętnie podniosłem powieki. Pierwsza rzecz jaką zobaczyłem? Sufit.
-To wcale nie jest zabawne – szepnąłem.
-Owszem jest, patrz. Ten zegar przed nami to my. Chociaż tkwimy w miejscu musimy walczyć resztkami sił, choćby nie wiem co.
-Kim jesteś? – zapytałem będąc w szoku po jej wypowiedzi.
-Twoją nową współlokatorką. Jestem Chantelle, albo po prostu Chan.
-Aha.. – westchnąłem. Świetnie.
-A jak ty masz na imię?
-Po co Ci to? – odpowiedziałem pytaniem na pytanie. Po co chce to wiedzieć? Za jakie grzechy? Jak okaże się gadułą, to zapadnę się pod ziemię.
-Ok, jak nie chcesz to nie. Nie będę Cię zmuszać. – łatwo poszło. Za łatwo. Nie chce dalej walczyć? Poddała się? Niewiarygodne. Zrobiłem duże oczy. Po raz kolejny ktoś.. olewa sprawę. Przyjmijmy, że ten jeden raz będę „Miły”

-Michael – odwróciłem głowę w jej stronę. Dobra, teraz to ja przepadłem.

-----------------------------------------------------------------
Jestem trochę chora, ale dałam radę i przybywam do was z drugim rozdziałem :)

Rozdział pierwszy - Zostawcie mnie w spokoju.

-No i co? Przegrałeś! Przegrałeś swoje życie stary! – ten debil Luke zauważył samochód, w którym mnie przewożono. Kurwa, przydałyby się jeszcze transparenty pod tytułem „Michael Clifford. Szkolny rozrabiaka, trafia do wariatkowa, ponieważ wszyscy uważamy, że jest szaleńcem” Wo hoo. Pokręciłem głową i wzrok skierowałem na siedzenia przed sobą. Skoro aż taki jestem szalony, to dlaczego nie zostałem związany? Przecież mogę być niebezpieczny. Taa.. gdzie ja mam głowę. „Stanowię zagrożenie”. Głupie co? Przetarłem ręką oczy. Gdzie jest ten jebany ośrodek, dokąd jestem wywożony? Świetnie! Mogli chociaż powiedzieć! Lekko rozłoszczony walnąłem pięścią. Od razu dostałem w łeb. No no, tak będę traktowany? Możecie mnie od razu zabić! Będzie sto razy lepiej! Po co się męczyć?

-Nie będzie miał łatwo.
-To tylko dzieciak. Zawsze dostaje się nam najcięższy „okaz”. Po za tym. Jeśli nie poradzi sobie sam, zostanie tam.. na bardzo długo. Ja na jego miejscu starałbym się.
-On ma nasrane we łbie, w cuda wierzysz? – jestem okazem, mam nie po kolei w głowie. Mm ciekawostki. Bardzo chciałbym podziękować za taką opinię. Może usiądę obok was, z przodu i wtedy porozmawiamy? Przecież jak siedzę z tyłu, to jestem głuchy. Na moment przymknąłem oczy. To tylko kilka miesięcy. Jeśli będę się zachowywał w miarę ok, wyjdę wcześniej. „A może jednak nie? Nie pozwolimy Ci na to”
-Aaaaa! Zostawcie mnie w spokoju! Mam dosyć tego wszystkiego! – wrzasnąłem z całej siły. Oddech natychmiastowo przyspieszył, czułem jak serce nerwowo wali o klatkę piersiową. Wariuję.. jestem wariatem..
Trochę mną zarzuciło, gdy samochód przyspieszył. Czyżby się przerazili? „Jestem opentany, wzywajcie kogoś tam” haha. To tylko i wyłącznie jakieś moje chore schizy. Po dotarciu na miejsce, kilku facetów ogrodzili widoczność. Gdyby tylko Hemmings zobaczył jaką mam obstawę. Szedłem pomiędzy nimi. Nie wiedziałem co to oznaczał taki szyk. Otoczenie? Abym nie próbował uciec. Jeszcze nie znają..
Ugh.. to boli. Zgiąłem się w pół, łapiąc za brzuch. Po pierwsze gorąco, a po drugie ci idioci nie dali nic do jedzenia! Jak zemdleję, będą mieć radochę. Zamrugałem. Nie, nadal kręci mi się w głowie, jest niedobrze. Dlaczego nie zwrócili uwagi na moje zachowanie? Haloo mogę umrzeć i tak dalej. Oj Clifford jesteś źle traktowany, nikt nie martwi się o twoje zdrowie. Kroki stawały się coraz większym wyzwaniem, trudem, który musiałem.. wykonać. Prawie przed samym wejściem zatrzymałem się. Zaskoczeni, natychmiastowo obrócili się w kierunku, gdzie stałem.
-Słabo mi.. – powiedziałem niemal szeptem i osunąłem się na ziemię.

Obudziłem się dopiero, gdy lekarka sprawdzała tętno. Wysoka, brunetka. Zdecydowanie za stara. Poprawiła okulary na nosie i spytała. –Jadłeś dzisiaj coś? – pokręciłem głową na nie. Przepraszam, na chwilę zniknąłem i zapomnieli podać śniadanie, dla nic znaczącej osoby. –Wszystko jasne. – odwróciła się do osób za nią. –Omdlenie zostało spowodowane brakiem pokarmu. Tu są leki, na wszelki wypadek. Jak na razie zalecam dla pana Michaela syte posiłki oraz duża ilość płynów, aby powrócił do pełni sił. – uśmiechnęła się. Wywróciłem oczami, gdy zostałem sam. I ja mam tutaj zostać? Podrapałem się w swoje zielone włosy. Zafarbowałem je jakiś czas przed „pojmaniem”. Pewnie i tak wrócą do normalnego koloru. Blond.. chyba, nie pamiętam. Podniosłem się na rękach, żeby móc przyjrzeć się pomieszczeniu. Białe ściany, naprzeciwko jakaś komoda z lustrem, a po mojej lewej stronie.. łóżko? Po co drugie.. ktoś jeszcze miał mieszkać razem ze mną? To są żarty?! Jak wepchną tu jakiegoś gościa z „problemami” to ja dziękuję za takie towarzystwo. Mogę być sam! Może niekoniecznie.. „A jednak się boisz..” durne myśli! Wdech wydech.. nie potrafię!
Po zjedzeniu.. marnych kanapek i wypiciu wody, co u nich jest luksusem, wstałem z łóżka i poszedłem do okna. Słońce próbowało się przebić przez chmury, jednak.. bez efektu. Spojrzałem w dół. Ludzie.. siedzieli na ławkach, czytali coś, śmiali się. Ugh.. tacy szczęśliwi. Jak nie przeżyję jakiegoś załamania, wydarzy się cud! Na skrzypnięcie drzwi obróciłem się. Lekarz.. psycholog.. po prostu jakiś koleś oparł się o krzesło stojące obok łóżka.
-Będziesz miał współlokatora. Musisz to zaakceptować – powiedział ze spokojem. Wow, dziękuję za informację, sam się nie zorientowałem po drugim meblu, który był podobny, do tego gdzie ja śpię. Westchnąłem.
-Nie jestem ślepy, żeby to zauważyć. Po co? Po jakiego grzyba będę musiał być z kimś?! – złość zaczynała narastać. –Podobno.. – przełknąłem ślinę. Zaczyna się.. –Psychiczny, szaleniec a jak przypadkowo zabiję tą osobę?! Niby taki niebezpieczny co?! Ja pierdole dopiero trafiłem do zakładu i.. aaaaaa! – wrzasnąłem, a moim ciałem wstrząsnął dreszcz. Przez usta wychodziły różne słowa, głównie, przekleństwa. Ten człowiek nie poruszył się nawet o cal. Przyglądał się mojemu zachowaniu, aż wcisnął czerwony guzik na ścianie. Jest już źle. Po chwili wpadła pielęgniarka oraz ktoś jeszcze. Cały się trząsłem. Tylko nie igła.. przestanę, tylko nie środki uspokajające, proszę nie..
Ukłucie w ramię. Bezsilność. Leżąc na kołdrze, z zamglonym wzrokiem powiedziałem –Zostawcie mnie w spokoju. – powieki same opadły.

Nie często miewam normalne sny. Zazwyczaj to koszmary z szeptami w roli głównej. Dzisiaj.. nowość. Byłem.. gdzieś. Wszędzie występowała mgła, a ja obracałem się w każdą stronę. Spokój.. uczucie tak bardzo niepamiętne.
-Nie wiem jak Ci pomóc, ale się postaram. – dziewczęcy głos odbił się echem. Że co do..
---------------------------------------------------
Mamy pierwszy rozdział. Nie wiem jak mi wyszedł, dlatego opinię pozostawiam wam. Następny.. już niebawem.

czwartek, 24 lipca 2014

Prolog.

-Tak mi przykro, pani syn musi zostać na dłużej. – usłyszałem wyrok spadający jak grom z jasnego nieba. Mimo, że siedziałem sam w pokoju.. słyszałem co dzieje się za drzwiami. Cholerne badania! Myślałem, że wyniki będą lepsze! „Za bardzo się rzucasz, nie panujesz nad nerwami, a czasami wstępuje w Ciebie furia”. Moja wina? Moja wina, że pobiłem tego dzieciaka? Moja wina, że ten głupek Philip zaczął mnie prowokować? Po części może, ale.. chyba raczej ludzi, którzy na każdym kroku wkurwiają człowieka. Wiedzieli jaki jestem. Gówno ich to obchodziło. Podniosłem się z krzesła. Cholera.. znowu szepty w głowie. Spadajcie! Dajcie mi spokój! To przez was uważają mnie za psychicznego. Od dłuższego czasu zmagałem się z.. „tym czymś”. Nie mam pojęcia czemu słyszałem głosy „Jesteś słaby” „Jesteś mięczakiem!”. Dlaczego ja?! Chodziłem w tą i z powrotem. Ah.. jeśli nie przyjdą zaraz, to zwariuję! Ups, za późno. Nadeszła mnie ochota, aby porozrzucać wszystko, rozwalić, co stało na mojej drodze. „Weź się debilu nie wygłupiaj!” upomniałem się i wziąłem kilka głębokich oddechów. Kurde.. nie na moje siły.
Chwilę potem do pokoju weszło, to znaczy.. co ja wygaduję. Wtargnęło dwóch mężczyzn, silnie umięśnionych. Przyszli po mnie. Nagle wzięli moje ciało pod ramiona i mocno ścisnęli. Zacząłem wierzgać nogami, co nie przyniosło żadnego skutku. Darłem się, żeby dali sobie spokój. Że potrafię normalnie żyć! Na nic.

Przeszli obok mojej matki. Kiedy ją mijałem, widziałem jej łzy w oczach. „Brawo Michael, patrz co zrobiłeś”. Nie chciałem tego zobaczyć. Nie chciałem widzieć, jak kobieta, która dała mi życie, cierpi z mojego powodu. Nigdy nie poczułem tak mocnego ukłucia w sercu jak dzisiaj. Gdy przekroczyliśmy próg drzwi wejściowych „Goryle” wpakowali mnie do samochodu. Dobra koniec walki. Poddaję się. Nic więcej nie zdziałam. Właśnie jadę do wariatkowa.


-------------------------------------------
Cześć. Tu znowu Tomlin. Wyskakuję z nowym pomysłem na fanfiction i.. nie wiem czy mi wypali czy też nie. Po pierwsze.. wyzwanie. Uda się czy się nie uda? Zobaczymy co czas przyniesie. 
Bardzo prosiłabym aby zapoznać się z opisem opowiadania.  

Wstęp.

Witam w moim kolejnym opowiadaniu!
Chciałabym na samym początku zaznaczyć, że głównym bohaterem tego fanfiction jest Michael Clifford i 5 Seconds of Summer nie występuje jako zespół.
Pojawiają się przekleństwa, więc czytasz na własną odpowiedzialność!