sobota, 17 października 2015

Epilog.

Epilog.
Są ludzie, którzy dają sobie radę z problemami, od innych nie chcą się one odczepić, tylko przylegają jak brud.
Na szczęście mnie to nie dotyczy. Jestem wolnym człowiekiem, który będzie grał w zespole. O tak, marzenia się spełniają. Gram na gitarze elektrycznej i wraz z Ashtonem, poznanym wcześniej studentem Calumem oraz Luke’iem, tworzymy „5 seconds of summer”. Nazwa.. została wymyślona, gdy ja chodziłem na zajęcia do szkoły policealnej. (swoją drogą zdziwiłem się, że dostałem tam miejsce) Pamiętam.. z rozmarzeniem obserwowałem tykający zegar i nagle coś mnie olśniło. Pani powiedziała mniej więcej „Do lata zostało kilka sekund, może pięć lub więcej, a wy musicie siedzieć w ławkach i tak dalej”. Dlatego, no… początkowo chłopaki musieli się zgadać z Hoodem, ponieważ musieli trochę go poznać, z resztą nieważne. Czasem wyobrażamy sobie, że jesteśmy australijskim zespołem albo nawet z USA, lecz cała nasza czwórka pochodzi z UK.
Tak jakoś.. wybiliśmy się jedną piosenką „Heartbreak girl”, niestety nie za wysoko. The Vamps wciąż na topie. A mogliby nam odrobinę pomóc. Jesteśmy tacy punk, oh yeah. Żartuję. Z wyglądu.. „wo hoo rockowy zespół!” a z muzyki „śmierdzi mi popem”. Z kolorami włosów nie eksperymentuje. Generalnie trzymam się niebieski/czarny razem lub osobno. Chyba czas powoli odkładać na perukę…
-Tatusiu nie pisz już tyle! – przerwała nam podczas nagrywania, mała Sophie… moja córka. Tak, minęło dokładnie 6 lat odkąd wyszedłem z ośrodka i z każdym dniem czuję się coraz lepiej!
Roześmiałem się na widok jej naburmuszonej minki i wziąłem ją w ramiona. Włosy odziedziczyła zdecydowanie po mnie.
-A gdzie zostawiłaś mamę, hm? – dotknąłem jej noska, na co blondynka podrapała rączką dotknięte miejsce.
-Nie wiem – wzruszyła ramionkami. Pewnie ktoś zada pytanie „Kto jest matką tej dziewczynki”. Wszyscy ją znają. Moja inspiracja, moja muza, mój jedyny powód abym wstawał codziennie rano, moje drugie oczko w głowie (zaraz po córce), moje słońce, moja wybawicielka…
-Tutaj jesteś! Och, mówiłam ci, żebyś nie przeszkadzała kiedy tatuś nagrywa z wujkami – Chan założyła ręce na klatce piersiowej w geście „jestem zła, że musiałam za tobą biegać po całym studiu, ma ochotę wracać do domu, a potem wyżyć się emocjonalnie na swoim partnerze”.
-Ale ja usłyszałam muzykę, oj mami nie bądź zła. Tata da buzi i zły humorek zniknie. – przytuliła się do jej nóg. Ashton udał, że się wzruszył i niewidzialną chusteczką otarł policzek. Pff nie zabawne.
-Kurde.. wzruszyłem się, stary gdzie są takie laski? Masz zajeb.. – zanim dokończył zdanie zgromiłem go wzrokiem. Pewnych słów nie mówi się przy dzieciach. –Bocian przyniósł ze sobą ładnego brzdąca – szturchnął ramieniem Luke’a. Ten prawie spadł z krzesła. Pewnie został wyrwany z krainy marzeń i nie wie o co chodzi. Typowe.
-Zazdrościsz? Trzeba było Tam szukać koleżanek, tyle Ci powiem. – wstałem i objąłem moje kobietki. –Jak tylko skończę pracę, zabieram was do Mc Donalda i.. – pogroziłem Channtelle palcem. Już chciała wtrącić swoje „Nie idę, nie mogę przytyć” A a a. Ona jest dla mnie idealna. Wolę mieć dziewczynę z ciałkiem (tylko nie przesadzajmy) niż wieszaka, lub po prostu za chudą. –Tobie skarbie zamówię największy zestaw – cmoknąłem ją w policzek. Wiedziałem, że te słowa nie pocieszyły brunetkę.
-Chłopaki, bierzemy się za „Don’t stop” ! – krzyknąłem. Ok, były chwile czułości, lecz zalegamy z materiałem!
(…)
Czy Mc Donald może być bardziej romantycznym miejscem na zapytanie się czy ukochana osoba zgodzi się poślubić.. na przykład mnie? Nie mam kompletnie zielonego pojęcia, czas się o tym przekonać.
Od dobrych pięciu lat moi rodzice, jak i jej trują nam o ślubie. Fakt.. mamy razem dziecko, wychowujemy je jak zwyczajne małżeństwo… którym formalnie nie jesteśmy. Wcześniej nie miałem czasu.. dobra, nie będę kłamał, nie miałem odwagi aby zapytać oto. Miałem pewne obawy czy wytrwamy razem aż taki kawał.
Pomysł na takie miejsce.. wpadł do główki naszej małej. Oglądałem z nią album, gdy Chan była w pracy. Pytała dlaczego nie ma żadnych zdjęć mamy w białej sukni. Właśnie na tym zostałem przyłapany. W sekrecie wyjawiłem plany i.. tak strasznie się ucieszyła! Że będzie sypać kwiatki przed mamusią i tak dalej. Umowa była jedna. Ma być cichutko, aż do tego nieszczęsnego „maka”.
Scenariusz przebiegał według mojej myśli. Złożyłem zamówienie, a one usiadły przy stoliku. Gdy zobaczyłem chłopczyka z iphonem dostałem ciarek na plecach. Kto normalny daje telefon małemu dziecku? Nasza dostanie na dwunaste urodziny, nie prędzej. Po otrzymaniu torebek, do jednej z nich włożyłem małe pudełeczko. „Ale jestem oryginalny, geniusz to mało powiedziane!”.
-Oo kucyk! – pisnęła uradowana Soph. Chan lekko zdezorientowana patrzała na swoje jedzenie. Nawet nie wyłożyła na stół, tylko zaniepokojona patrzała w głąb. Czyli.. wystraszyłem ją? Ugh, nie tak miało być..
-Mikey.. czy aby dobrze wziąłeś? Coś tu się nie zgadza.. – wyszeptała. Cholera.. jakim cudem mam zachować teraz spokój, żeby nic nie wygadać.
-To wy zamawiałyście, ja płaciłem i odbierałem. – powiedziałem próbując nie uśmiechać się. Ahh…
-Ok.. więc dlaczego mam pierścionek? Nie, nie to kogoś, źle się czuję, weź to oddaj, pewnie.. – zaczęła szybko „nadawać”, natychmiast wziąłem pudełeczko z ręki, zanim ruszyłaby w stronę kas.
-Channtelle Stanley, czy uczynisz mi ten zaszczyt i zostaniesz moją żoną? – nie przegiąłem z głośnością? Nie zwróciłem na to uwagi, bo zaskoczona dziewczyna miała łzy w oczach i usta zakrywała ręką. Sophie cicho mówiła „powiedz tak, powiedz tak”. Ona jednak nie potrafiła wypowiedzieć ani słowa. Pokiwała głową, a gdy wsunąłem na jej dłoń znak naszych zaręczyn, rzuciła mi się na ramiona, w skutek czego upadłem na plecy. Nie zastanawiając się złączyłem nasze usta, w efekcie słysząc „fuu” od córki. Takiego szczęścia w oczach ukochanej jeszcze nie widziałem.
-Przepraszam, że jestem mało romantyczny, tylko na tyle mnie stać.
-Wystarczy, że jesteś sobą, wystarczy – zaśmiała się przez łzy.
-Tatoo a gdzie jest moja cola? – mała zrobiła smutną minkę, zmuszając nas abyśmy wstali. Rzeczywiście, nie zabrałem napojów, przez co pani przy kasie zakrywała usta od śmiechu. Eh, zdarzają mi się takie momenty.
(…)
-No to nasze fanki nie będą zbytnio zadowolone, gdy się dowiedzą, że nasz gitarzysta jest żonaty i ma dzieci. Musisz się liczyć z dziwnymi sytuacjami. – Calum poklepał mnie po plecach na weselu. Extra życzenia! Bardziej pesymistycznych nie potrafił wymyślić!
Kilka minut potem, po wzniesieniu toastu pary wirowały na parkiecie. Znaczy się.. nie jestem zbyt dobrym tancerzem, więc wraz z Chan kiwaliśmy się w rytm muzyki. Magiczne chwile.. kto by się spodziewał, że ożenię się z tą dziewczyną, która.. wyciągnęła starego Michaela z dołka?
(…)
-Mikey! A gdzie to postawić?! – wydarł się Luke. Grr nie dosyć, że idę z córką, to niosę mega ciężką torbę plus siatki z jedzeniem. No tak. Człowiek musi sobie radzić generalnie sam, kiedy żona wyjeżdża do siostry.
-Byle gdzie! Hemmings szybciej tam i pomóż mi! – odpowiedziałem. Jeny jakie to ciężkie. Nienawidzę przeprowadzek.
-Tata, ja muszę do toalety.. – wymamrotała Soph. Ok, nerwy dzisiejszego dnia nie raczą odpuścić chociaż na chwilę.
-Jak przeciśniesz się, to leć do wujka dobrze? – w odpowiedzi pokiwała główką. Po pięciu minutach dotarłem do celu, dosłownie padając na kanapę. Co za pomysł, żeby cały zespół mieszkał w jednym budynku? Ekhem, wspaniałomyślny Ashton na to wpadł. Cztery apartamenty, które mają po kilka pokoi, mamy do siebie blisko, i co jeszcze? Może tak jadajmy razem posiłki! Bądźmy jedną wielką rodziną! Odgarnąłem blond włosy z czoła. Łoo.. mógłbym zasnąć w kilka sekund, gdyby nie świadomość, że mam w opiece małą istotkę, która… zaraz dorwie Luke’a i będzie „ja chce na konika!” i on weźmie ją na plecy. Dzieci.. kolejnego nie planuję, o nie. Muszę uprzedzić Channtelle o moich zamiarach. Soph zupełnie mi wystarczy. Przecież nie chcę przeżywać powtórki z rozrywki „wstawaj w nocy, bo dzidzia płacze. Uspokajaj dzidzię. Chodź przez cały dzień wkurzony na własne dziecko!” Zabrzmiało to trochę dziwnie, ale.. no kto by się nie denerwował, kiedy masz piękny sen, a tu bum! Koniec, twoja potomkini Cię wzywa, zgłodniała albo ma brudną pieluszkę. Chociaż.. czas pokaże. Kolejne bobo.. hm. Stoop. Jeszcze będę chciał…
-Tak królewno leż sobie, a ja zajmę się twoim domem, super pomysł! – wystraszył mnie swoim głosem Hemmings. Tak się nie robi.. nie straszy się najlepszych przyjaciół. Tego nie mamy w umowie…
-Nie przesadzaj..
-Ależ oczywiście. Słuchaj pojutrze gramy koncert, a ta pani Clifford wraca za trzy dni.. co z ..
-Zostanie u moich rodziców, nie przejmuj się, wszystko ustalone. – uśmiechnąłem się pod nosem. Niech załatwia swoje sprawy, bez interesowania tymi moimi. Jestem zaradny w końcu!
-Wuja Aszi! – pisnęła czterolatka i rzuciła się w ramiona perkusisty. Kolejnego głodomora przywiało w moje skromne progi…
(…)
A teraz stoję tu. Trzymam gitarę w dłoni i odwalam z chłopakami kawał dobrej roboty. No i co, że niedługo stuknie nam po trzydziestce, ważne że naszą muzyką uszczęśliwiamy fanów. 5 Seconds of Summer podbija świat. Na początek przed nami mała trasa koncertowa po całej Anglii i Europie, a później? Kto wie. Chcielibyśmy aby jakiś super znany zespół zgodził się na nasz suport.
Kolejny angielski boyband?*
Nie tym razem. My preferujemy rock i wcale nie potrzebujemy innych muzyków. Sami gramy.
W pośpiechu odgarniam swoje lekko zielone włosy. Kto by się spodziewał.. odnalazłem swoją pasję i nikomu to nie przeszkadza. Na chwilę patrzę na Chan i Sophię. Mój cel został osiągnięty.
Mam rodzinę, nie mam problemów, a za moimi plecami stoi morze fanów. Czego chcieć więcej? A no tak.. abym po raz kolejny nie stoczył się na samo dno, jak kilka dni lat temu.
Człowiek się zmienia.. diametralnie. Cieszę się, że moja zmiana była w pewnym sensie pozytywna.
-A teraz wszyscy! – krzyknął Calum do mikrofonu. –You look so perfect standing there in my american aparel underwear…

KONIEC.

--------------------------------------------------------------
Przez ile czasu publikowałam to opowiadanie? Nie mam zielonego pojęcia, ale wiem, że bardzo zwlekałam z rozdziałami. Nie chcę zwalać wszystkiego na problemy z plikiem, ponieważ jakoś od niedawna rozpoczęłam nową historię. To.. leżało, czekało aż mi się przypomni, że nie skończyłam.
Nie wiem czy chcecie drugą część, to co się dzieje kiedy Michael jest już w zespole..
Generalnie o wiele, wiele szybciej mogliście przeczytać to na wattpadzie. Opowiadanie jest pod tą samą nazwą + kontynuacja "Zostań ze mną" znajduje się również.
W ogóle.. ktoś czekał, aż dodam coś? Nie pojawiły się komentarze. Z waszej strony zero reakcji.. nikogo nie obrażam, ale.. tak było.
Jedynie dziękuje za wszystkie wyświetlenia oraz wspaniały szablon jaki mi wykonała NatX z Wyimaginowanej Grafiki.
To tyle.. na koniec chcę dodać, że publikację najpierw zaczęłam na blogspocie, a później przerzuciłam historię na wattpad. Być możliwe, że się poddałam widząc brak jakiegokolwiek zainteresowania.
Przepraszam i do zobaczenia w innych opowiadaniach.
Zapraszam: memory-fanfic.blogspot.com

Rozdział szesnasty.

Rozdział 16 – Uwolnij mnie.
Ktoś gdzieś biegał, krzyczał różne słowa. Tak właśnie zaczynał się każdy dzień. W.. wariatkowie? Nie nazwałbym tego miejsca takim słowem. Tyle rzeczy, tyle sytuacji wydarzyło się tutaj. Przyjaźnie, zagrożenie życia. Pozbycie się „bagażu emocjonalnego”. Nigdy bym wcześniej nie pomyślał, aby.. nieważne. Moje wcześniejsze zachowanie było karygodne. Przeklinałem, wdawałem się w bójki. Do tego nasiliły się głosy w głowie. Oszalałem? Diagnoza należy do lekarzy.
-Michael! O, tu jesteś. Ej, o co kaman? – zapytał Ashton, wchodząc do mojego pokoju. Wcześniej otrzymałem jakąś walizkę, abym spakował te parę ciuchów. Myślami byłem gdzieś indziej..
-Opuszczam.. wyjazd..
-Kurde, serio mówisz? – ok, dlaczego to zdanie tak dziwnie zabrzmiało? Nie żebym coś do tego miał…
-Yep, Minęło pięć dni i dzisiaj matka przyjeżdża zabrać mnie do domu. – na same słowa uśmiechnąłem się. Wolny.. prawie przed swoimi dziewiętnastymi urodzinami. Mi pasuje taki układ.
-Jest szansa, że zobaczysz starego kumpla za dwa miesiące? – czy on coś sugeruje?
-Ash oświeć swoim blaskiem, proszę – wywróciłem oczami.
Niepewnie usiadł na łóżku Chan i opowiedział o swoich wynikach badań. Dali mu 60 dni na poprawę, jeśli nie spełni tych warunków, czeka go dłuższy pobyt.

Prawie wychodząc z… pokoju gdzie spędziłem… różne chwile, zostawiłem jedną rzecz. Nie chcę, aby to coś ciągnęło się za mną. Sam wiem jakie postępy zrobiłem, naprawdę nie musiałem mieć przy sobie żadnych dowodów. Lecz.. zanim całkowicie wyszedłem na korytarz, napisałem na pierwszej stronie taki jakby cytat. Zdanie, które mniej więcej opisało cały okres.
(…)
Tik tak, tik tak. Siedziałem na krześle w holu. Ah pamiętne wprowadzenie. Szedłem wraz z ochroniarzami, bo byłem uznawany za „niebezpiecznego”. Ha ha. Kiedyś będę z żartował z tej sytuacji. Po przeciwnej stronie siedziała dziewczyna. Osoba, która pomogła mi w dużym stopniu. Częściowo zwalczyła moje nerwy. Teraz… wydawała się taka obca. Ubrana już w normalne ciuchy, wzrok skupiła na swoich dłoniach. Wiem co wydarzyło się, ale żeby aż tak mnie odtrącać? Nie rozumiem.
-Chantelle, Michael. Wasi rodzice powinni się zjawić w ciągu piętnastu minut, prosimy was o cierpliwość. – odezwała się młoda recepcjonistka. Niesamowite.
Minęło kolejne dziesięć, a my nadal nie zamieniliśmy ani jednego słowa. Nic. Podparłem głowę o lewą rękę. Taka smutna.. liczyła pewnie, że ktoś inny ją odbierze, nie rodzice. Czasami po prostu bywa. Jedni mają idealne… przegiąłem, dobre kontakty z nimi, a inni już nie za bardzo. Nie jest takie łatwe jak się wydaje.
-Chan… chciałbym Ci podziękować, za wszystko co dla mnie zrobiłaś. Gdyby nie ty, nie byłbym dzisiaj w tym miejscu. – szybko powiedziałem, mając nadzieję „o! zignoruje kolejną próbę nawiązania rozmowy!”.
-Nie ma sprawy.. przepraszam za swoje zachowanie. – usiadła przodem w moją stronę. –Jestem załamana po informacji, że jednak mama z ojcem przyjadą tu. Problemy… one powrócą, jeśli przekroczę próg domu. Znowu będę obwiniana za rzeczy, których nie popełniłam. Chyba powinnam dostać w ośrodku jakieś stałe lokum. Wykończę się.. psychicznie. – po raz pierwszy tyle powiedziała. Lekko zszokowany słuchałem w skupieniu. Bała się. Co ja mogłem poradzić? Zabrać ją… ej, nie taki głupi pomysł…
-A gdybyś… zamieszkała u mnie? Pewnie…
-To się nie uda. Szanse są zerowe.. – westchnęła.
-Uwierz mi, że nie – chwyciłem ją za rękę. –Jesteś pełnoletnia, decydujesz o sobie. Jak chcesz moja rodzicielka może porozmawiać z twoimi. Zobaczymy co z tego wyniknie. – pocieszyłem na tyle ile umiałem. Wierzmy w cuda.. czasami one się spełniają.
-No i co, że jestem pełnoletnia? Niestety sama w życiu.. nie dam rady.
(…)
1-0 dla Clifforda! Nie posiadałem się z radości, gdy rodzice Chan zgodzili się, żeby zamieszkała u mnie. U mnie, nie tam gdzie mieszkałem wcześniej. Podobno mój ojciec kiedy dowiedział się, że jego jedyny syn wylądował w zakładzie dla psychicznych „nawrócił się” i wrócił do kraju. Brawo! Tyle.. za późno. A co gdybym mu powiedział o wcześniejszych wybrykach? Przyjechałby od razu, ehe. Chyba ma jakiś zastój w pracy.
-Zabrałeś wszystko? – pokiwałem głową. –Jesteś w stu procentach pewny? – potwierdziłem kolejnym kiwnięciem. –No dobrze.. w takim razie. Chcę pani pogratulować takiego syna. Jeszcze nikt nie przeszedł terapii w przyspieszonym leczeniu. Miejmy nadzieję, że nie będziemy musieli ponownie przyjmować Michaela. – dyrektorka uścisnęła dłoń z moją matką.
Odchodząc w towarzystwie przyjaciółki, na moment się obróciłem. Znajdą mój pamiętnik czy też nie?


Perspektywa innej osoby.
Pracowałam tutaj przez kilka miesięcy, od tak jako pomoc w sprzątaniu po „ubytkach”. Cóż, jestem jedynie studentką, która dorabia w weekendy. Dzisiaj otrzymałam pokój, gdzie osoba opuściła go parę godzin temu. Kto wie, kto tam był, przeżywał różne chwile. Oj Charlie o czym ty myślisz. Po przekroczeniu progu dopadła mnie ciemność. Nie żeby ktoś wziął siekierę i walnął w tył głowy kijem bejsbolowym, bo mam słabą orientację, o nie nie. Zasłony, w dodatku ciemne dawały taki efekt.. straszny. Zmuszona nieswoim klimatem podeszłam do okna i wpuściłam trochę światła do pomieszczenia. No i o wiele lepiej. Hmm.. nie jest za dużo do sprzątania… generalne czysto. „Heaters gonna hate hate hate, baby I’m just gonna shake shake shake” Ugh.. ta piosenka Taylor Swift nie potrafi się odczepić od samego rana, odkąd włączyłam radio w aucie. „That’s what people say mm mm” Nie noo! Czas na przystąpienie do roboty, a nie na wygłupy!
Związałam swoje blond włosy w kitkę i na palce, dłonie.. wiadomo o co chodzi, nałożyłam białe rękawiczki. „Nie dotykaj niczego bez ochrony rąk” Taa.. jakby roiło się tu od bakterii. Wywróciłam oczami. Zaczęłam od łóżka pod oknem. Raz dwa, wymieniłam czy raczej zmieniłam pościel, zaniosłam do pralni na dole i wróciłam z powrotem. To drugie okazało.. było trochę bardziej zaniedbane. Największy szok przeżyłam, kiedy znalazłam na biurku zeszyt, pamiętnik. Specjalnie został zostawiony lub… komuś nie chciało się nosić wspomnień ze sobą.
Otworzyłam na pierwszej stronie. Starannym pismem było napisane.
                „16.09.2014r. Rzeczy napisane tutaj mają swoją wartość. W tym pokoju mieszkałem wraz z Channtelle Stanley. To co wydarzyło się w tym ośrodku, razem z nim zostaje. Cieszę się, że znalazłaś/eś mojego terapeutę. Tak właśnie nazwałem coś w czym kazano zapisywać mi wszystko. Poznasz mnie, chodź nie do końca od najlepszej strony, przepraszam, od tej najgorszej.
Dzisiejszego dnia.. wystraszyłam się. Gorsze… co? Nie ogarnęłam do końca, lecz.. przewróciłam dalej. Zapisy z planu dnia, rozmowy odbywane z innymi, mowa o jakiejś dziewczynie, w której On się zakochał. Chwilka.. jak ten chłopak miał na imię? Nie zauważyłam. Szukałam wskazówki. „Mikey”. Em.. jakie imię tak się skraca? Charl myśl, łatwe, łatwe.. Michael! Jego imię brzmi Michael! Czekam na brawa. Niby nic szczególnego nie znalazłam, ale na kilku kartkach było… były słowa.. z deka przerażające.. zapisane drukowanymi literami. „UWOLNIJ MNIE”.
Tylko.. co to oznaczało? Nie zastanawiając się pobiegłam do pani dyżurującej na korytarzu. Musiałam to powiedzieć. Dlaczego te wpisy.. ojej.
(…)
-Charlotte, właśnie odnalazłaś własność Clifforda. –Clifford? Serio? Dam sobi rękę uciąć, że słyszałam gdzieś ten wyraz. „Clifford to duży czerwony pies..”. Aha, skojarzyło mi się z bajką, niefajnie.
-Co mu było? Nie rozumiem tych czerwonych..
-Miewał naprawdę straszne zaburzenia z psychiką. Z dokumentacji wiem to, że miewał sytuacje, w których jego umysł nachodziły szepty. Jak w egzorcyzmach, tyle że nie miało to wpływu, nie kontrolowały jego ciała. Również nie panował nad nerwami. Więcej ci nie mogę powiedzieć. – zakończyła rozmowę pani Snow. Cicho westchnęłam i udałam się do wyjścia.
Kolejna straszna nowina. Nie dam rady dalej dłużej dorabiać.. dam sobie zakaz wnikanie w cudze historie, ponieważ zaczynam się przejmować obcymi ludźmi. Trochę nielogiczne, ale da się przełknąć.

Od pani Foster dostałam klucz. Moim ostatnim zadaniem było przygotowanie sypialni, jakby nigdy tam nikt nie przebywał. W dwie godziny uporałam się, lecz w bardzo powolnym tempie. Przez sześćdziesiąt minut czytałam..
Szkoda, że nie ma żadnego kontaktu. Jestem mega zaciekawiona co wydarzy się w dalszym życiu tego chłopca. Założy rodzinę? A może powróci. To drugie odpukać.
Zamykając drzwi spojrzałam ostatni raz.

„Nie wiem kim jesteś nieznajomy Cliffordzie, ale życzę Ci wszystkiego dobrego w nowym życiu. Żebyś miał dużo szczęścia, oraz nie wpadł w jakieś poważne kłopoty.
               Z poważaniem ja, Charlotte Davis, dziewczyna od sprzątania.”

Rozdział piętnasty

Rozdział 15. – Jestem wolny.
-Chan, Michael, zapraszam was na rozmowę do gabinetu.  – na śniadaniu powiedziała pielęgniarka. Zaskoczeni odłożyliśmy tace i skierowaliśmy się za nią. O co chodzi? Zaraz.. wyjdzie rozwiązanie. Oby nie dyrektorka, chociaż raz bym tak chciał aby historia potoczyła się na ten tor. Po drodze nerwowo pocierałem ręce. Zdenerwowanie.. daje się we znaki. Nie wiem dlaczego miewam przy tym małe trudności z oddychaniem. Wziąłem głębszy oddech, kiedy weszliśmy do gabinetu lekarki. Uff, czyli jednak nie „ciotka nowego kumpla”. No właśnie.. Calum.. nowy ee.. kolega? Koniecznie musiałby poznać Luke’a. Dogadaliby się. W stu procentach. Pewnie gdyby.. los zadecydował inaczej, stworzylibyśmy jakiś team? Ha ha. Najpierw dajcie nam nauczyć się grać na instrumentach, potem pomyślmy o muzyce! Hmm.. gitara.. coś dla mnie? Cholera, super pomysł! Namówię mamę, albo.. sam zarobię, jeśli ogarnę kasę? Odpłynąłem..
-Michael, czy ty nas w ogóle słuchasz? – dostałem upomnienie. Przepraszam, w przyszłości, zamierzam zostać rockmanem. Bam! I to jest mój cel. Rzecz, której przez większość czasu szukałem. Nie była ona łatwa do znalezienia.
-Sorry.. ja.. może pani jeszcze raz powtórzyć? – zapytałem z małą nadzieją. Nikt nie lubi powtarzać dwa razy, nikt. Jej odpowiedzią było przewrócenie oczami. Haloo, czy teraz nie powinna się odezwać moja przyjaciółka Chan? Oczywiście, że nie, bo stała wpatrzona w podłogę. Co oni jej robią? Zamknęła się w sobie, a mi nie podoba się takie coś.
-Jak już mówiłam.. przejdziecie przez testy. Każdy z was ma ustawiony indywidualnie, na podstawie przeprowadzonych wcześniej badań. Jeśli wynik wyjdzie pozytywny.. czeka na waszą dwójkę miła niespodzianka.
-Wow.. – wyrwało się Chince. Brawa! Chani przemówiła słówkiem! Gratulacje! Ugh..
-Zaczynamy? – głowami skinęliśmy. –Dobrze, Clifford… będziesz pierwszy. Radzę tobie skupić się i to bardzo. Nie będzie tam żadnych ułatwień, ściąg. Nic, zero. Musisz być psychicznie przygotowany na wszystko.
Po tych słowach wszedłem do jakiejś komory. Jak to „cudo” się nazywa? Nieważne. Przede mną pojawiły się ekrany. „Wo hoo nowoczesna technologia.. a czy aby mnie to nie naświetli przypadkiem?”
-Skup się! – usłyszałem przez głośniki. Ok, ok, momencik, przecież muszę ogarnąć sytuację tak? Nie od razu odnajdę.. w tym czymś. Dobra.. ekran po lewej, po prawej.. ja pierdole co to jest?
Potem nastała cisza. Zdezorientowany okręciłem się wokół własnej osi. Nie żebym miał jakieś uwagi, ale nie lubię ciemności. „To tylko test.. spokojnie.. kurwa, mam stracha no!” pomyślałem zaraz przed rozjaśnieniem jednego monitora. Scenka w komputerze przedstawiała moje dawne czyny. Za Chiny nie wiem skąd oni to mają. Byłem tam z Ashtonem.. przełknąłem ślinę, kiedy dawny ja skopał niewinnego dzieciaka. Widząc samego siebie zauważyłem jaka agresja wstępowała we mnie.. podczas..
-Dosyć, błagam niech nastąpi koniec.. – wyszeptałem widząc kolejny filmik. Chyba te materiały pochodzą z miejskich kamer. Ej.. jeżeli to prawda.. czemu nie wylądowałem w więzieniu? Posiadam skończone 18 lat. Nic nie rozumiem. Późniejsze sceny ukazywały.. koszmary.
Pojawienie się twarzy Tylera spowodowało takie przerażenie.. zacząłem.. nerwy. Cholera nadal się go boję. Tyle, że.. na tym polegał test. Sprawdzić, czy poradziłem.. pokonałem lęki.
-Nie jesteś prawdziwy! Jesteś taki sam jak wytwór mojej chorej wyobraźni! Dość! Nie będziesz.. nawiedzać.. umysłu.. nigdy! – wrzasnąłem w końcu. Chcę stąd wyjść, uciec.. cokolwiek!
(…)
-Tak myślę. Powinna pani przyjechać do nas już w następnym tygodniu. Przetrzymamy go jeszcze te kilka dni – o kim była mowa? O mnie? O jakimś innym pacjencie? Dowiem się niedługo.
Siedzenie przed gabinetem lekarskim wraz z milczącą Chan było strasznie niezręczne. Nie ma pomiędzy nami tej więzi co dawniej. Wraz z jej operacją.. kawałek osobowości zniknął.. przepadł.
Niemo wpatrywała się w swoje dłonie. Ta cisza.. stworzyła pomiędzy nami barierę, na którą nie miałem żadnego pomysłu, aby pokonać. Powoli się kończy..
-Co jeśli powiedzą nam, że niedługo nas wypuszczą? Gdzie się udasz? – zapytałem cicho. Brak mi siły na cokolwiek.
-Rodzice mnie zabiorą i mój koszmar zacznie się od nowa. Nic nowego. – westchnęła.
-Clifford, Stanley. Za pięć dni jesteście wolni. – odparła dyrektorka wychodząc na korytarz.

Jestem wolny… jestem wolny! Siedzenie w psychiatryku za te kilka dób.. zakończy wszystko. Cała historia. Która na początku nie miała swojego zakończenia.

wtorek, 4 sierpnia 2015

Rozdział czternasty - nowe miejsce? Przyzwyczaisz się.

Podczas gdy ja siedziałem na podłodze pod jedną z sal i bawiłem się palcami, pracownik ośrodka przyniósł moje rzeczy. Czyli zeszyt, kilka par ubrań na zmianę, nic więcej. Co niby miałby mieć ze sobą taki biedaczek jak ja? Haha.. no niemożliwe, że tak siebie nazwałem. Chan.. rehabilitacja.. ok, mogę być spokojny, już nie będę musiał tak bardzo martwić się o nią. Oby ten szpital zapewnił jej odpowiednią opiekę. „Heej Michael, ktoś tu dawno nie rozmawiał z tobą..”
-Ups.. szepty spóźniłyście się. Tam gdzie trafię, nie będzie dla was miejsca.. – syknąłem. W prawdzie walczyłem jak tylko mogłem.. z tym wszystkim, lecz teraz mówię.. dość. Przejmuję nad swoim ciałem jak największą kontrolę, którą uda mi się osiągnąć. Obróciłem głowę w stronę drzwi wejściowych do szpitala. Przez nie widać bardzo dużo, skoro są szklane. Słońce.. super, przynajmniej droga do domu tego studencika będzie „jasna”. Przejechałem ręką po włosach. Ile czasu minęło odkąd tkwię na ziemi? Przez ile dni będę musiał przebywać u młodziaka? „Młodziak” uu proces twórczy? Skądże znowu. Na chwilę przymknąłem oczy. Cholera..
-Michael jesteś gotowy? – zapytał ktoś nade mną. Eej właśnie zamierzałem odpłynąć jak coś.
-Chyba tak.. – westchnąłem i podpierając się dłońmi o ścianę, wstałem. Ten koleś jest mniej więcej mojego wzrostu. Wow.. plus. Wziął w rękę moją „walizkę” i ruszyliśmy do.. no właściwie nie wiem jak to określić. Takie.. małe.. ugh uciekło mi słówko. Do jego auta. Nawet otworzył przede mną drzwi od strony pasażera. Co za gentelman.
Przemierzaliśmy ulice w zawrotnym tempie. Nie miałem zielonego pojęcia, dlaczego tak pędzimy. To w ogóle jest jakiś powód? Może nie chce dopuścić, aby ktoś zauważył.. moją osobę.
Nawet nie zauważyłem jak włączył radio. Speaker ogłosił, że zaraz puści piosenkę jakiegoś zespołu The Vamps. Wampiry? Ok, nie czepiam się. Z tego co zrozumiałem to śpiewali, że mają kaca, nie pamiętają co się stało ostatniej nocy, tańczyli do ulubionego utworu, niby kogoś pocałowali. Rany.. pomysł całkiem dobry. Następnie leciało coś innego. Nie miałem czasu aby rozkminić, bo dotarliśmy pod domek jednorodzinny. W moim odczuciu raczej wyglądał jak mały blok mieszkalny.
-Jesteśmy na miejscu – wyszczerzył się Clark.. nie.. Cali.. cholera jasna. Zapytam o jego imię później. Już w samych drzwiach dało się wyczuć klimat. Ściany w ciepłych kolorach, duża kanapa, nakryta puchatym kocem. Puchaty.. koc. Uśmiechnąłem się do siebie i korzystając z okazji wskoczyłem nią. Jak miękko! To jest lepsze od łóżka w ośrodku.. i jak wygodnie. Mogę tu zostać, o ile student mi na to pozwoli. Przymknąłem oczy. O taak, wszystkie problemy precz. –Widzę, że ktoś już się zadomowił – powiedział brunet, siadając obok. Przez chwilę było niezręcznie. Wiadomo.. kilka dni spędzę u niego.
-A właściwie.. co będę u Ciebie robił? Nie kumam zbytnio.. – westchnąłem. Ok, nadal dręczy mnie pytanie, czemu nie wylądowałem w innym ośrodku. Nie znalazłem wytłumaczenia.
-Eh, dość skomplikowane. Moja ciotka.. znasz ją, pani Snow. Uznała, że lepiej będzie, jeśli nie znajdziesz się pomiędzy wariatami..
-Przecież ja nim jestem.. – wymamrotałem.
-Może, nie bij! – wziął ręce w geście obronnym –Tylko.. tam pogorszyłoby Ci.. stan w jakim się znajdujesz. Wiesz.. nowe miejsce.. przyzwyczaisz się. Ta twoja przyjaciółka.. będzie pod opieką swojego opiekuna, Louisa. Ej.. wszystko z nią ok. Ostatnie wyniki miała bardzo dobre, sam sprawdzałem, mogę potwierdzić na sto procent. Słuchaj.. teraz dostaniesz swoje leki, w mocno zmniejszonej dawce. I tak co dwanaście godzin. – wstał i skierował się do szafki w kuchni. Chantelle trafi do Lou. Tego pedała.. to znaczy geja. Nigdy bym nie myślał w ten sposób o nim, lecz.. jednego wieczoru.. „miział się” pod ścianą ze swoim chłopakiem. Nie fajny widok. Po tym miałem małą traumę. Ugh.. nikt by nie chciał tego widzieć. Po przyjęciu leków Calum, tak on się nazywa, zaprowadził mnie do pokoju, abym mógł uciąć drzemkę. Mniejsza ilość.. i tak czuję się mega senny.
Minął miesiąc.
Już prawie nie jem tego badziewia. Znaczy.. nie miewam takich problemów jak na samym początku. Rozczarowałem się, gdy po trzech tygodniach kazali mi wrócić do ośrodka. Zaprzyjaźniłem się z Hoodem. Kurde, to co się działo u niego w mieszkaniu przerosło moje największe oczekiwania, serio. Gdyby ktoś zapytał co takiego wydarzyło się u niego.. byłbym ciemny. Sam miewam wątpliwości czemu nie jestem wolny. Brak zaburzeń.. umiem grać w szachy. Tak! Pewny dzień był taki nudny, że.. Chan zaproponowała mi naukę w to. I mamy efekt.. zadziwiający, lecz.. miewam różne dni. Raz bym chciał całkowicie zniknąć z powierzchni ziemi, a raz bym „latał na jednorożcu”… złe określenie.  No po prostu.. bywa ciężko. Moje relacje z Channtelle.. oziębiły się po tym jak została przeniesiona do innego pokoju. Samotność nie dokazywała. W końcu.. musiałem sobie sam radzić z Tylerem.. który pojawiał się za każdym razem, gdy minęła godzina przyjęcia leków. W sumie to dobrze, że od nich nas odstawili, bo nie mam zielonego pojęcia czy potrafiłbym bez nich żyć. W pewnym stopniu.. wystąpiło małe uzależnienie..

„Mijają godziny, minuty, sekundy a ja.. zdaję sobie sprawę, że wyjście z tego miejsca jest coraz bardziej możliwe. Nie jestem tą samą osobą co na początku. Tamta miała tak zwane wyjebane na wszystko i niech się dzieje co chce. Poznanie dziewczyny.. powiedzmy przyjaciółki zmieniło moje nastawienie. Nie jest to ani trochę zabawne, piszę to na serio. Dzisiaj otrzymamy książki. Zainteresował mnie tytuł Wybrani. Pożyjemy zobaczymy, czy owa lektura wciągnie Michaela do tego stopnia, że sięgnie po kolejną część. Tak, dowiedziałem się tego od takiej Sue. Brzuch trochę boli.. zapowiada dłuższą wizytę w toalecie…”

piątek, 31 lipca 2015

Rozdział trzynasty - pionek w chorej grze?

Obudziłem się około godziny jedenastej. Obolałe plecy nakazały mi wstać. Niestety.. ktoś miał inne zamiary co do mojej osoby. Zanim podniosłem swoje ciało, zdesperowany lekarz wpadł do pomieszczenia znikąd. W normalnej sytuacji wyśmiałbym go, ale nie teraz. Najwidoczniej wybiegł z operacji o czym świadczy krew na jego fartuchu. Podrapałem głowę. Dziwne uczucie.. a no tak.. pierwszy dzień bez leków. Dam radę..
-Mam przykre wiadomości dla pana. Koleżanka walczy o życie. Jest w stanie ciężkim.. nie wiemy, czy uratu.. – jak tylko powiedział drugie zdanie wyłączyłem się. Że co kurwa?! Chan.. pewnie.. to jej krew. Zaraz zwariuję! Wrzasnąłem na całe pomieszczenie, że to nieprawda. Kłamstwo.. próbują wkurzyć spokojnego człowieka.. może.. ma rację? Nie chciałem przyjąć tego do świadomości. Moja mała, nadzieja na wyjście z bagna.. przeżywa trudne chwile. „Jeśli nie przeżyje operacji.. już po tobie. Dopilnujemy. Oo nie wziąłeś tabletek, dając nam dostęp do umysłu? Jakie to miłe. Odwdzięczymy się.. w zły sposób!” Doktorek widząc moje zachowanie wyszedł i zostawił mnie samego. Tylko tego było mi potrzeba. Wydarłem się na cały pokój. Może i cały szpital słyszał ten wrzask. Nadmiar emocji, skumulował się w środku.
Po kilku minutach dopiero ochłonąłem. Czas sprawdzić jak miewają się sprawy. Lekko zmieszany wyszedłem na korytarz. Był pusty, co mnie nie zadziwiło. Teraz tylko pozostaje pytanie.. w której Sali ona leży.. jest operowana..
-Michael! – ktoś rzucił mi się na szyję, powodując że oparłem plecami o ścianę. Nagle jakby czas stanął w miejscu. Niska osoba powoli odsunęła się pozwalając abym zobaczył.. TĄ twarz. Zamarłem. Można powiedzieć.. zbladłem, strach dał o sobie znać. Zjechałem w dół na podłogę. „Chcę płakać.. niemożliwe, że ONA tu jest. Sen? Boże, nie to rzeczywistość.. ja pierdole”. Po głębszym oddechu spojrzałem w górę.
-Mamo.. co ty tutaj robisz.. – słabym głosem zapytałem. Nie spodziewałem się tutaj jej wizyty. Nie tutaj, nie kiedy Chan walczy o życie.. nigdy.
-Powiadomili, że mogę Cię spotkać. – usiadła obok. –Wiem co czujesz. Gdy twój tata miał wypadek.. byłam w podobnej sytuacji. Uwierz. Ona ma dla kogo wracać na ziemię. Panie z ośrodka powiedziały o waszej walce.. nie śmiej się. Razem wyjdziecie.. pokonacie każdą przeszkodę. – dotknęła moje kolano, podczas próby powstrzymania śmiechu. Mama też potwierdziła słowa ludzi. Wierzą w nas. Niestety.. jakim cudem pozbędę się.. „towarzyszy”?. Długa droga..
Przez dłuższy rozmawialiśmy na korytarzu. Czasami ktoś przyniósł mi jedzenie, bo do psychiatryka nie zamierzałem szybko wracać. Nie ma mowy. Wracam z Channtelle.
Pytałem rodzicielkę o to jak sobie radzi w domu, czy sąsiadki ja wspierają. O dziwo.. tak. Nawet chyba poprawiła kontakty z „marudą”. „Marudą” jest kobieta w średnim wieku, która non stop komentowała zdarzenia na ulicy w swoim oknie. Gorzej niż starsze panie.. naprawdę. Zdziwiłem się na wieść o Luke’u. Parę razy kupił zakupy.. nie prosząc o nic w zamian. Dlaczego dobre rzeczy.. są gdy mnie nie ma w pobliżu. Ah zapomniałem „Michael Clifford ten zły”.
Przy mojej matce straciłem rachubę czasu. Może trochę dziwne.. ale jej obecność pomogła mi nie przejmować się operacją przyjaciółki, pomimo nie wziętych leków. Ta więź.. pomiędzy rodziną.. działa kojąco, serio. Gdyby nie mama.. pewnie dawno bym siedział w więzieniu albo poprawczaku.. taka prawda.
-Przesunąć się! Wieziemy chłopaka z ostrym zapaleniem żołądka! – sanitariusz krzyknął głośno. Bardzo. Aż podskoczyłem, co wywołało u mamy uśmiech. „Uu synek mamusii!”. Ugh. Tyle, że.. kogo zobaczyłem na noszach.. jeden wielki szok. Boże..
-Ja pierdole Ashton.. – powiedziałem zszokowany. Jestem w tej chwili skołowany na maxa. Najpierw współlokatorka, teraz on. Salmonella? Ta choroba od żarcia czy coś innego? Nie miałem okazji dokładniej przyjrzeć Irwinowi. Dopóki nie trafił do sali przekleństwa.. posypały się. Oparłem głowę na dłoniach. I co potem? Będę następny? Jasne, że nie. To w ośrodku tkwi problem.. tylko jaki..
-Znasz tego chłopca? – pielęgniarka zainteresowała się tym co wymsknęło z ust. Pokiwałem na potwierdzenie. –A możesz wskazać miejsce jego pobytu? Nie wyciągnę..
-Psychiatryk.. ten.. no.. wzgórze.. duże.. – nie potrafiłem wskazać dokładniej lokalizacji. Nie wiedziałem o adresie, bo jeśli tak, mógłbym „przypadkiem” zwiać stamtąd. Cholera.. czuję się jak pionek w chorej grze. Zadawane pytania.. powoli mam dość. Młoda dziewczyna posłała uśmiech i odeszła do recepcji. Niespodziewanie przez drzwi wejściowe wpadła dyrektorka. Wow.. wcale nie spodziewałem się jej! W ogóle! Bo dwoje podopiecznych trafiło do szpitala, a jedno może umrzeć! (Tfuu). Zdyszana „klapnęła” na krzesełku i następnie gestem ręki wskazała abym podszedł. Ciekawe co chce przekazać. „Zamknięcie pudła? Epidemia opanowała miejsce pomocy dla obłąkanych!”.
-Michael.. na czas.. kiedy ośrodek będzie nieczynny z powodu.. przyczyny zagrożenia dla innych pacjentów.. student medycyny Calum przyjmie Cię do siebie na jakiś okres. Nie wiem.. dwa tygodnie, miesiąc.. – baam! 1-0! I kto tu jest wspaniałomyślny? Jaa.
-On ma się mną zająć? A nie powinnyśmy zostać przeniesieni gdzieś indziej? – spytałem podejrzliwie. Posiadam pewne wątpliwości..
-Dzieciaki nie będziesz rozkazywał. Owszem trzeba byłoby zrobić w ten sposób, lecz.. brak innego wyjścia. Gorsze przypadki trafiły do Dublina, a ty do studenta, ciesz się, więcej wolności.  – fałszywie uniosła usta do góry, co niby miało przypominać uśmiech.
-A co z Chan? Hm? – skrzyżowałem ręce na klatce piersiowej.

-Pewnie czeka ją rehabilitacja, oto się nie martw. Przepraszam, muszę porozmawiać z twoją matką i wyjaśnić zaistniałą sytuację. – poprawiła żakiet wstając. Nienawidzę ją. Kurde.. fałsz.. cała „dyrka”.

------------------------------------------------------------------------------------
I znowu czekanie bardzo długo aż wstawię rozdział... na swoje usprawiedliwienie mam tylko to, że word office nie chciał działać. Non stop, gdy plik otwierałam robił się brak odpowiedzi, a komputer działa jak należy..
no cóż, nie będę was zanudzać.
TERMIN NASTĘPNEGO ROZDZIAŁU: OKOŁO 4 SIERPIEŃ. 

sobota, 20 czerwca 2015

Rozdział dwunasty - nie wiedziałam, że potrafisz być taki.

Siedzieliśmy w wielkim szoku. Niewiarygodne… mamy szansę szybciej stąd wyjść?! Miałem ochotę podskoczyć do góry i pędem zadzwonić do Luke’a i mamy o dobrej nowinie. Niestety.. przybiło nas.. przynajmniej mnie. Dyrektorka oczekiwała na odpowiedź na próżno. Zaśmiała się i odniosła teczkę.
-Michael.. tak bardzo się cieszę! – wykrzyknęła Chan i dosłownie rzuciła się na bezbronnego chłopaka, czyli na mnie. Jezuu.. nie mogę oddychać! Poklepałem ją po plecach i po kilku sekundach płuca swobodnie przepuszczały życiodajny tlen. –Przepraszam.. ta radość.. powiedzcie mi, że to nie jest sen – wygodnie oparła się na krześle. Szczęście.. owszem nie opuszczało żadne z nas, Channtelle mie mogła w to uwierzyć. Oparłem głowę na lewej ręce. Pewnie zaraz zapiszę słowa pani Snow w „pamiętniku”. Wcześniejsze wyjście.. poprawa, bo przebywamy razem.. S Z O K.
-Mogę Cię zapewnić w stu procentach, że znajdujesz się w rzeczywistości, a nie w śnie. Dobrze.. chciałabym was poinformować, o zmniejszanej dawce leków, jeśli pragniecie wolności. Możecie poczuć się jak eksperymenty, ale naprawdę.. niektórzy z pacjentów wychodzą od i wracają, ponieważ popadli w uzależnienie. Nie wierzą we własne siły oraz twierdzą, że bez tabletek nie dadzą sobie rady. Rozumiecie? – w odpowiedzi pokiwaliśmy głowami. Potem mówiła coś o dalszych badaniach, nie skupiłem się na tym zbytnio. Nie miałem zamiaru zakrzątać myśli dodatkowymi informacjami.
Po opuszczeniu gabinetu, udaliśmy się do stołówki na obiad. Wywróciłem oczami widząc Ashtona przy naszym stoliku. „Naszym.. o Boże jak pięknie brzmi!”. Czy moimi myślami kieruje kobieta? Serio.. niektóre reakcje.. przerażają. Kiedy tylko nałożyliśmy ziemniaki i pulpety ruszyliśmy w kierunku Irwina. Uwaga.. będzie niezręcznie. Chłopak od razu przysiadł bliżej mnie, robiąc że wylądowałem praktycznie po środku. „Jestę atrakcja czyż nie?”.
Drętwo było od samego początku. Sałatka żadnym sposobem nie chciała przejść przez gardło, gdy Ash uparcie wpatrywał w to co robię. Przy piciu napoju, prawie zakrztusiłem się na widok jego miny. Nie zważając na nic roześmiałem się. Co on knuje?
-Ej, bo Ci gały wypadną.. przystojny jestem hm? – szturchnąłem go i poruszyłem brwiami. Natychmiast odskoczył w bok. Bam! 1 – 0 he he.
-Oszalałeś? – prawie pisnął.
-Powiesz co planujesz? – zapytałem, kładąc nogi na wolne krzesło. W cholerę mi się nudzi. Ten wolny czas.. wolałbym mieć coś do roboty. „Uu już my się oto zatroszczymy. Nuda? Sprawimy cuda, nie my zdziałamy je, zamieniając twoje spokojne przez kilka miesięcy życie w piekło! Nie wyjdziesz wcześniej! Nas się nie pozbędziesz!”. Na krzyki w głowie skuliłem się. Oto pierwszy skutek nie zażycia leków. Szepty. Debilstwo ciągnące niebezpiecznie za mną. Zaniepokojony „były przyjaciel” przykucnął przed moimi oczami. Plecy.. bolą.. brak oddechu..
-To już patrzeć na Ciebie nie można? Zwyczajnie „lampiłem się”. Odczuwałeś inaczej te zamiary kolego – poklepał po ramieniu. Jakimś sposobem podniosłem swoje ciało do pozycji siedzącej. Faktycznie.. nie czuję się najlepiej. Chyba czas odwiedzić pielęgniarkę i ją poinformować o tym, co zachodzi przez ten czas w organizmie. Byłem ciekawy jak jest z Chan.
-Masz racj.. – nie dokończyłem, ponieważ moja współlokatorka zwymiotowała prosto na podłogę, wychodząc z łazienki. Skrzywiłem się i podszedłem do niej. Cała blada na twarzy, nad powiekami zdążyły wyskoczyć czerwone plamki. Ignorując wszystkich.. oprócz Ashtona.. razem z nim.. wzięliśmy ją pod ręce i z powrotem zaprowadziliśmy do damskiej toalety. Kolejny nawrót wymiocin zbliżał się tuż tuż. Podczas gdy on trzymał jej włosy, ja delikatnie masowałem plecy. Niech wyrzyga.. rzeczy stojące na żołądku.. jeśli nie będzie w stanie iść do lekarki.. sam ją zawołam. Z „głosami w głowie” dam radę, tu chodzi o nią.
-Ej, ona wymiotuje krwią, idź po zesrana lekarkę! – mruknął Irwin. Krew? Cholera, podrażniła przełyk, niedobrze. Pobiegłem ile miałem sił w nogach. Są dwa wyjścia.. zatruła się jedzeniem, albo brak tabletek wpłynął źle na organizm Chinki. Błagam aby wyszło to pierwsze..

(…)
-Przykro mi, ale tej pacjentce pogorszyło się.. tak.. rozumiem.. ale to nie przez leki.. rozumiem.. p.. proszę mi dojść do słowa! Przepraszam. Chciałam tylko wytłumaczyć, że tą technikę zastosowaliśmy jedynie u pana Clifforda. Nie.. ona nie była poddawana.. wyniki powinny przyjść niedługo.. do widzenia. – Młoda kobieta ostro się tłumaczyła, podczas gdy ja siedziałem bezczynnie w jej gabinecie. Chan.. znajdowała się.. gdzieś indziej. Miała płukanie żołądka, coś w tym stylu. Zmęczony siedziałem na sofie. Nie mam pojęcia ile czasu nie spałem, ja.. czekałem na nią. Chciałem coś więcej.. słowa.. że jest z Chan gorzej.. sprawiły.. mój humor zepsuł się. Jakby ktoś go zapisał na kartce i wyrzucił do kosza. Z zamyślenia wybudziła mnie lekarka pytając czy wszystko ok. Pokiwałem głową na tak, choć szczerze mówiąc walczyłem z wciągnięciem do krainy Morfeusza. Trzydzieści pięć minut później miałem okazję podsłuchać za drzwiami rozmowę lekarzy. Rozmawiali o jakimś Michaelu Cliffordzie, niby nigdy nie powinien znaleźć się w ośrodku psychiatrycznym.. chwila. Jestem śpiący.. gadali.. na temat mojej osoby. Niech robią co chcą. Poddaję się. Odpływam..

Perspektywa osoby trzeciej.
Blondyn zasnął wraz z momentem najgorszym. Jakim? Młoda Chinka w tym czasie została przeniesiona na blok operacyjny. Zdesperowana nie wiedziała co dzieje się wokół niej. Ludzie mówili o czymś pękniętym w środku. Jeszcze nie wiedziała, że chodzi o przeciążoną wątrobę, kłopoty z żołądkiem. Przez ogarnięcie strachu w jej ramię wstrzyknęli środek usypiający.
Ani Clifford ani Channtelle nie przeczuwali o nadchodzącym kryzysie w och życiu. Sytuacji, która postanowi wywrócić wszystko do góry nogami.
Nie wiedziałam, że potrafisz być taki

„Mam dość.. chciałbym zniknąć z tego świata”.

sobota, 6 czerwca 2015

Rozdział jedenasty - między wami jest coś szczególnego.

Cześć pamiętniku Michaela. Pewnie mnie nie znasz.. albo może znasz? Mikey zmęczony wczorajszymi wydarzeniami zasnął i.. nadal śpi. Chociaż.. z ciekawości przejrzałam wcześniejsze kartki.. moje imię mignęło mi przed oczami. Jestem Chan, jego przyjaciółka. Od dłuższego czasu pomagam mu. Staram się uwolnić go od demonów przeszłości. Wiesz, że jak on nie weźmie leków, to widzi jakiegoś Tylera? Straszne. Za niedługo lekarki spróbują odłączyć nas od tabletek i zaczną szukać innych sposobów na oderwanie od tego.. czegoś. Jestem pewna, że tej notatki właściciel nie przeczyta, rzadko to robi. Napisałabym pewną rzecz, ale nie jest najlepszy czas ani.. zeszyt. Posiadam własny, ale.. zapragnęłam zostawić po sobie ślad. Trwały. Jeśli przeczytasz te słowa, napisane przeze mnie, nie bądź zły. Chwila słabości plus pamiętnik był otwarty ^.^”
Zamknęłam i wślizgnęłam się pod kołdrę. Określiłam się jako ktoś więcej niż koleżanka.. przecież takie mam odczucia. Zachciało mi się śmiać, gdy grzywka opadła na jego oczy, a on przez sen próbował poprzez dmuchanie, odgonić ją. Okej.. on nie do końca śpi. Nie chciałabym mieć przechlapane.  Westchnęłam i próbowałam chociaż na chwilę zasnąć.. bez skutku, bo ktoś.. głośno oznajmił.
-Czy masz mi coś do powiedzenia? – mam się obrócić? Jednak zauważył.. serce zaczęło bić w dziwnym rytmie. Powoli usiadłam na łóżku. Kiedy zobaczył moją minę wybuchł śmiechem. Tak bardzo się cieszę, że dobry humor powraca. Nie ucieka od innych, nie izoluje się, tylko.. jest sobą. Jeśli można określić. –Ale jesteś strachliwa? Czyżbyś zrobiła coś za moimi plecami? Hm? – poruszył zabawnie brwiami. Zaraz to odkryje..
Perspektywa Michaela.
Odkąd się przebudziłem, z powodu przeszkadzającej grzywki.. Chan dziwnie się zachowywała. No na początku tego nie zauważyłem, ale jak podszedłem do biurka i ją zapytałem.. coś jest nie tak. Dziwne.. zaczęła się denerwować, jąkać. Zaśmiałem się. Nie jestem straszny.. chyba. Możliwe.. jakby się zastanowić.. całkiem nieszkodliwy ze mnie człowiek.
Niestety nie mogliśmy dłużej rozmawiać, bo przyszedł Steven i Loui (taki pedał, opiekun Chan) bo poinformować nas, żebyśmy poszli wziąć dzienną dawkę leków. Dziwne.. nasze dłonie.. były niebezpiecznie blisko siebie. Odganiałem myśl „złap ją! Wykonaj gest! Bądźcie szczęśliwi!” Taa.. ale czy ona by chciała takiego frajera jak ja? Raczej jak stąd wyjdzie znajdzie normalnego faceta.. a nie nieudacznika.. z kolorowymi włosami. No.. kolor zielony wyblakł i miejscami gdzieś jest, blond zastąpił jego miejsce. Kiedyś będę potrzebował perukę.. od całego farbowania. Przechodząc obok lustra zauważyłem to.. stop.. mam odrosty?! Ok, wygląd idioty przylepił się niczym łatka. Czasami pary oczów bacznie nas obserwowały. Od kilku dni razem.. wykonujemy czynności. Przyjmowanie tabletek.. wspólne jedzenie. Naprawdę bałem się zostawać sam. Oczywiście, rozmawiam z Ashtonem.. lecz to zalicza się do krótkich rozmów, nic więcej.
Nim się obejrzałem, stała przed nami młoda kobieta. Białe ubranie, brązowe włosy spięte w kok. Była odpowiedzialna za każdą dawkę. Zapisywała wszystko w dużym dzienniku, po czym zadawała pytania o samopoczucie. No nareszcie ośrodek zaczyna być „przytulny”!. Albo.. mieli stracha. Mniejsza z tym. Otrzymałem niebieskie kapsułki, połknąłem je i na mojej twarzy pojawił się grymas. Cholera.. takie gorzkie. Odruchowo złapałem podłokietnik kanapy. Skutki uboczne.. lekki zawrót głowy. Nie czekając na czarnule usiadłem na sofie. Ciekawe ile dni mi pozostało.. około stu?
-Posłuchajcie.. pójdziecie na zajęcia, a tuż po nich zapraszam do gabinetu pani dyrektor. Ma do was sprawę. To na tyle – uśmiechnęła się, a ja wywróciłem oczami. Jeżeli dyrektorka chce coś, znaczy że.. nie będzie fajnie. Tortury, przepytywanie i inne rzeczy jakie wymyśli.
Dziesięć minut późnej wysłuchiwałem jak Lukas, koleś który był uzależniony od wciągania czegoś, żalił się na złe warunki w pokoju, a dodatkowo jego współlokator chrapie w nocy. Przeejebane. Chłopaki wspominali, że zazdroszczą komuś, kto ma dziewczynę jako osobą towarzyszącą podczas całej terapii. Nie do końca skumałem o co im chodzi, starałem przytakiwać w niepewnych sytuacjach, żeby nie wyszedł przypał. Dzisiejszy główny cel to „otwarcie”. Przebywamy tutaj dłuższy czas i nadszedł moment, aby powiedzieć od siebie coś więcej niż zwykle. Na moje szczęście nie usiedliśmy w durnowatym kółku, inaczej wybiegłbym w podskokach. Nick opowiadał o hazardzie i jego gniewie, z każdym przegraniem większej kwoty. Tommo o.. seksie. Możliwe, że odleciałem myślami gdzieś daleko, kiedy mówił o tym. Uporczywie gapiłem się na zegar. „Jeśli będzie godzina 12:00, pozostanę ominięty”. Ups, los zagrał na niekorzyść dla biedaka takiego jak ja. Podniosłem się i spojrzałem na wprost.
-Clifford, twoja kolej – wyrok spadł jak grom z jasnego nieba! Po krótkim, no takim minimalnym przemyśleniu.. „otworzyłem się” na chwilę. Opowiedziałem o nerwach, wcześniejszych wpadkach. Specjalnie pomijałem zdarzenia związane z rabunkami ze względu na Irwina. Jego wzrok.. kurde jestem aż tak przejrzysty? Schudłem, owszem. Po dwóch albo czterech minutach zabrzmiał dzwonek wolności. Wybiegłem pierwszy pod salę dziewczyny. Dyrka.. rozmowa.. dlaczego do cholery z nami? Za żadne skarby świata bym nie zgadnął, nawet za milion dolarów.. w sumie.. taka kasa.. mógłbym się postarać.
-Nie bujaj w obłokach, idziemy – pociągnęła mnie za rękę. Przepraszam.. „pieniądze zagłuszyły wszystko”.
Lekko zdenerwowani zbliżaliśmy się do biura. Wstrzymując oddech pchnąłem drzwi. „My tam zginiemy, nie tęsknijcie, pa”. Kremowe ściany aż biły po oczach. Na samym środku pomieszczenia stało biurko, a za nim.. starsza kobieta, uśmiechająca się do nas. Taa.. jakby ten uśmiech potrafił w jakikolwiek sposób uspokajać. Gestem ręki wskazała abyśmy usiedli. Bez powodu zacząłem bawić się palcami, a Chan próbowała zachować spokój. Ja pierdole, niech zaczyna gadać, bo na miejscu oszalejemy, przysięgam!
-Jak dobrze was widzieć całych i zdrowych! - *kaszle* mogłem zginąć *kaszle* przez świrniętego doktorka *kaszle* -Ale po waszych minach widać zmartwienie. Pomóc w czymś? –Brawoo dla tej pani! Oskara otrzymała, prawda? Ojoj martwi się tuz po prawie mojej śmierci! Cud, że żyję!
-Nie sądzę pani Snow. – zabrała głos Channtelle. Dobra, to mi się podoba. Ja siedzę cicho, gdy ona będzie gadać, ok nie mam pytań, jestem wprost szczęśliwy! Bo jeśli buzia Clifforda otworzy się.. do osoby, której nie lubi.. pozostaje dziesięć sekund na ucieczkę.
-Jesteś tego pewna? Mam wrażenie, że nie darzycie mnie sympatią, wyczuwalne.
-Po tym co Michaelowi.. z nim.. przydarzyło.. proszę nie okrywać zdziwienia. Istniało wielkie ryzyko. – czule poklepała moją prawą rękę. Rozumiemy się bez słów. W ramach potwierdzenia skinąłem głową na tak. Dlaczego kiedy na nią patrzę.. czuje się co najmniej dziwnie? Ludzie, co mój umysł wyprawia.

-Dobrze, wiem. Przyznaję.. śledzimy waszą dwójkę od dłuższego czasu. Wstała z krzesła i wzięła jakąś teczkę. Wow.. gruba.. raczej.. dużo tych papierów. Podrapałem się w głowę i bezgłośnie spytałem Chan „spisują nas?”. Ona wzruszyła ramionami. Masakra.. –Dokumentujemy każdy wasz postęp. Po nieszczęśliwym wypadku zaobserwowaliśmy coś ciekawego. Między wami jest coś szczególnego, poważnie. Wyniki są coraz lepsze niż, gdy byliście osobno. Mogę z czystym sercem powiedzieć.. jako jedyni jesteście na dobrej drodze. Gratuluję, jak tak dalej będzie wyjdziecie szybciej niż możecie sobie wyobrazić. – uśmiech nie schodził z jej twarzy. Wow wow.. stop. ŻE CO ONA POWIEDZIAŁA?!

poniedziałek, 25 maja 2015

Rozdział dziesiąty - pomóż mi, bez Ciebie nie dam sobie rady.

Po tym jak wszedłem do sali, od razu dwóch facetów posadziło mnie na krześle. Momentalnie zrobiło mi się czarno przed oczami. Strach tak działa.. przyspiesza bicie serca, a system samoobrony przestaje działać. Cały drżałem. Próbowałem skupić na słowach kierowanych w moją stronę. „Otrzymasz produkt testowy, w razie zaburzeń nie wzywaj lekarki. Jesteś naszym eksperymentem”. Wstrzymałem oddech słysząc to. Ja? Eksperyment? Kurwa, to jakieś żarty? Chwilę potem leżałem w łóżku. Nadal w pomieszczeniu na dole.
-Nie możemy mu tego zrobić, zaczął robić postępy.. – mówiła przerażona pielęgniarka, ta sama, co podawała leki każdego dnia. Niestety debil jej przerwał.
-Zamknij się! Nie obchodzi mnie twoje zdanie. Ja tu odpowiadam za nich wszystkich jasne? Ten chłopak nie wyjdzie stąd, chyba że w trumnie. Postępy nic nie znaczą. Nie chcemy przecież w ośrodku drugiego Parkera, prawda? No właśnie. Wychodzę, podajcie mu to dożylnie.
-Co zrobić jeśli zasłabnie?
-Cokolwiek.  – zrzucił biały fartuch. Ok.. ten człowiek miał pomóc.. wydostać się z problemu, a.. skazuje na śmierć. Może myśleli, że przeraziłem się na tyle, aby ich nie słyszeć.. cóż.. słowa roznosiły się echem po mojej głowie, ale jedno uderzyło ze zdwojoną siłą. „w trumnie” ilekroć chciałem myśleć o czymś innym.. utknąłem.
Szybko się obróciłem, gdy igła zbliżała do prawej ręki. Nie, nie róbcie tego, postawcie się mu, błagam. W oczy wstąpiły łzy. Krzyk nie potrafił opuścić moich ust, dlatego.. ukłucie nastąpiło.
-Przepraszam.. – wypowiedziała młoda dziewczyna, a ja nareszcie wrzasnąłem.. tyle, że z bólu. Przysięgam, nie będę mógł mówić, bo szał wstąpił w moje ciało natychmiastowo. Jedyne co ostatnie pamiętam, to mocny uścisk przy ramionach, oraz opadające powieki.
„Spadam.. coraz głębiej i szybciej. Nie zatrzymuję się ani na chwilę. Nim się orientuje obok przelatują wspomnienia.. te z dzieciństwa oraz z lat późniejszych. Zabawa z kolegami.. pierwsze farbowanie włosów. Próbowanie gówien.. okradanie, wyrzuty sumienia. Szepty.. pierwsza przyjaźń z Luke’iem. Chan.. początki.. zrozumienie. Nagle przed sobą widzę postać.. wyciąga do mnie rękę. Również wyciągam swoją. Duszę się.. zamykam oczy..”
-Michael! Michael proszę! Obudź się! Nie oddzielą nas! Nie pozwolę im, żeby znowu zrobili Ci krzywdę! Przestanę się ciąć, ale wróć! Proszę, Mikey! – gwałtownie łapię oddech, słysząc pikające maszyny. –Żyjesz! Chwała Bogu – choć nadal nie wiem co dzieje się wokół, czuję jak drobne ciałko przytula mnie w pasie. Zamrugałem kilka razy. Wow.. rozglądam się uważniej. Jestem.. w szpitalu? Ok.. przełknąłem ślinę. Tamten lekarz.. zadzwonię do matki. Powiem wszystko.
-Ja.. nie chcę umierać.. – wyszeptałem, wiedząc że mój głos jest w fatalnym stanie.
-Nie umrzesz! Wstrzyknęli tobie.. myślałam.. od teraz trzymamy się razem. Kiedy przewozili Cię tutaj.. uświadomiłam sobie.. jesteś centrum mojego świata. Zabrzmiało dziwnie, ale.. wyjdziemy z tego.. – powiedziała drżącym głodem. Tak wiele dla niej znaczę. Niech przestanie płakać.
Dziesięć minut później przyszła lekarka, oświadczając, że zostaje moim lekarzem. Wspominała tyle o zaufaniu.. nie mam jej się bać. Co było największym szokiem? Byłem nieprzytomny przez dwa tygodnie. Dacie wiarę? D w a. Przecież.. no.. sam nie mam pojęcia jak czas przyspieszył. Boże.. przez czternaście dni nie dawałem im oznak życia! Leżałem.. urządzenie.. właśnie. To coś pikające uświadamiało.. o stanie w jakim się znajdowałem.

Trochę później przyszedł młody pielęgniarz, przedstawił się jako Calum, student medycyny. Obszedł dookoła łóżko i popchnął do przodu. Zmieniamy miejsce. Znużony oparłem głowę do tyłu. He he, świat wiruje. Przymknąłem oczy. Jedyna rzecz jaka mi wtedy przeszkadzała, to fakt.. ktoś ujął lewą rękę i trzymał ją cały czas.
-Kimkolwiek jesteś.. dzięki.. – wychrypiałem, po czym dostałem uwagę od Caluma. „Oszczędzaj głos, potem porozmawiasz ze swoją dziewczyną, ok?”. Moja dziewczyna.. a to ciekawe.
Nie wiem.. trzy godziny później przyszła Chan. Wraz z Luke’iem. Zdziwiłem się.. dlaczego oni razem weszli do pomieszczenia? Kiedy on się o tym dowiedział? Jakim sposobem, cudem? „Gamoniu a kto odleciał na..”
-dość.. – wysapałem przez zaciśnięte zęby. Niestety od razu zapytali się czemu wypowiedziałem te słowa. Zwierzyć się? Pozwolić na pomoc? Cóż.. nic innego mi nie pozostało. Powiem. Jak tylko będę mógł.
Następny tydzień minął w rehabilitacji. Ciągłe chodzenie za pomocą śmiesznego chodzika. Co najdziwniejsze.. od tego długiego leżenia zapomniałem jak stawiać kroki. Prawa.. lewa.. prawa.. lewa. I od nowa. Zabawne prawda? Troszczą się o mnie. Widać bardzo mocno. A co takiego zapisuje w moim pamiętniku Channtelle.. dowiem się po powrocie do ośrodka. Początkowo byłem niechętny poprzez „uszkodzenie”, ale.. zapewnili, że tamten psychol stracił pracę, a ja wraz z przyjaciółką, będziemy brani pod lepszą „opiekę”. To się nie dzieje naprawdę tak?
(…)
-Jak wiecie.. prawie miesiąc temu nasz podopieczny został otruty. Dlatego od jutra każdy z was zostanie szczegółowo przebadany. Nikt z nas nie orientuje się, czy pan D podał wam truciznę – ogłosiła dyrektorka podczas środowego śniadania. Dopiero teraz reagują pff. Boją się, że już więcej nie trafi tu trudna młodzież i ludzie pracujący tutaj stracą pracę. Przetarłem sobie oczy, spoglądając uważniej na towarzyszkę. Zafarbowała końcówki włosów na fioletowo.. podobno na zajęciach, które ona odbywała. Podoba mi się.. kolor, żeby coś. Nagle gdzieś za jej plecami zauważyłem postać.. czarnoskóry.. ja pierdole..
Zacząłem się trząść. Nie wziąłem leków, a wyobraźnia.. działa.. zmierza w niebezpiecznym kierunku. „Nie wierć się na krześle, nie wierć się na krześle” powtarzałem w myślach, jakby miało pomóc. Tyler.. skąd..
-Go nie ma prawda? – niepewnie spytałem. Dla pewności Chan obróciła się w kierunku wskazanym przeze mnie.
-Nic nie widzę.. Michael..
-Ja.. idź stąd! – krzyknąłem do zjawy. TRZEBA BYŁO WZIĄĆ TABLETKI. Następnie skierowałem się do dziewczyny, wiedząc, że przegram tą walkę. –P… pomóż mi, bez Ciebie nie dam sobie rady.. – syknąłem aby stłumić wszystko dookoła. Od razu zareagowała, siadając na moich kolanach. Szeptała coś o innych. Starała.. opowiadać o każdej osobie. Podkreślała.. „Walczymy razem. Uwolnisz się od demonów przeszłości”.
Grom z jasnego nieba spłynął na stół. Demony przeszłości.. to od nich próbuję uciec.. nigdy na to nie wpadłem.

wtorek, 19 maja 2015

Rozdział dziewiąty -Przeprosiłeś ją? Za co? -Już sam nie wiem.

„Okradliście sklep mojego taty!” odbiło mi się w uszach. W oczy dziewczyny wstąpiły łzy. Po to chciała wiedzieć coś o Ashtonie. Wiedziała, że mogę się wygadać. Poczułem się wstrząśnięty, a zarazem wykorzystany. Gdybym wiedział, jaka reakcja nastąpi, pewnie wspomniałbym, że Ash jest zły i tyle. Nic po za tym! Chan zaczęła się trząść. Gdy próbowałem złapać ją za rękę, natychmiastowo ją zabrała. Co ja mam zrobić? Nic, tylko się przyglądać temu i czekać na dalszy rozwój akcji. -To przez was zaczęły się moje kłopoty, przez was! – krzyknęła płacząc. Jak to.. przez nas? O czym ona mówi. Wziąłem głębszy wdech i próbowałem chociażby wypowiedzieć zdanie. -Jesteś tego pewna? A może to.. nie był Ashton.. – chciałem powiedzieć dalej, ale człowiek w „furii” zawsze przerywa. -Dobrze pamiętam ten dzień! Zepsuliście wszystko. Nie obwiniaj tego chłopaka, też tam byłeś! Gdybym wtedy pamiętała.. – usiadła obok i ukryła twarz w dłoniach. Przeżywa właśnie szok. Rozumiem.. prawda dotarła do niej. Pokręciłem głową. Wciąż nie wiem jak miała kłopoty, przez to durne włamanie. -Ej, uspokój się. A przede wszystkim na spokojnie wytłumacz mi jak.. w jaki sposób.. wiesz o co chodzi. Sorry, w tej sprawie jestem ciemny, tak przyznaję się. Channtelle.. -Nie odzywaj się do mnie! Ok, już mówię, skoro masz krótką pamięć i nie pamiętasz wydarzenia sprzed trzech/czterech lat. Miałam w tym czasie.. piętnaście lat. Wieczorem.. zamykałam sklepik. Mieszkałam jeszcze w Londynie. Nastąpił niefortunny przypadek, bo nie domknęłam drzwi. Dwadzieścia minut później.. przyleźliście WY. Było włamanie! Mój ojciec całą winę zwalił na swoją córkę! Odtrącili.. odwrócili się plecami.. za duże były szkody.. wyprowadziliśmy się. Dziękuję Michael! – tupnęła mocno nogą. Pomyliła się.. jestem pewny tego w stu procentach. Po pierwsze.. nigdy nie włamywaliśmy się w samym centrum miasta, tylko za nim. Londyn, phi. Mniejsze miasteczka były o niebo lepsze. Policja gorsza i te rzeczy. Ona majaczy.. gdy usłyszała o tym, że robiliśmy z Ash’em rozróby.. coś jej źle podpowiedziało. -Za co dziękujesz? Dam się nawet ZABIĆ, za to żeby Ci udowodnić o swojej niewinności! Słuchaj, nie znasz mojej historii, a osądzasz! Przepraszam, okej?! Przepraszam, że jacyś debile zniszczyli twoje relacje z rodzicami! Kurwa, co ja wyprawiam.. – wkurzony zostawiłem ją samą. Nie, nie, nie. Dosyć. Nie będziemy załatwiać spraw. „Postawa.. godna podziwu”. Serio? Sumienie.. punkt dla Ciebie! Sytuacja kryzysowa, a tu.. wyskakuje troll. Ze złości kopnąłem drzwi, wchodząc do pokoju. Wdech.. wydech.. wdech wydech.. potrzebuję z kimś rozmowy. Serce zaczyna niepokojąco przyspieszać, a nie mam zapewnienia czy będę miał nawrót. Staram się.. jak tylko potrafię. Niestety.. taka mała istotka postanowiła się wyżyć na jedynym przyjacielu. Dzięki! Jakby nikt nie widział, mam uczucia.. a czasami ich nadmiar. „jeśli twoje myśli chcą znaleźć inne wyjście, niż za pomocą silnych nerwów.. pomóż im. Macie od tego zeszyt, nie rzucajcie go w kąt, tylko używajcie go jak najwięcej. Efekty zobaczycie na sam koniec waszego pobytu. Będziecie z siebie dumni, że tyle przeszliście i wytrwaliście do końca” – przypomniały mi się słowa „wykładowcy”. Usiadłem przy biurku. Taa.. przydałoby się to zapisać.. może.. co ona ze mną wyprawia. Inaczej wygląda moje zachowanie.. sposób bycia.. wszystko. Najwidoczniej dziewczyny tak wpływają. Przez dłuższą chwilę wystukiwałem jakiś rytm palcami na blacie. Czas zapierdala do przodu i nim chciałem zacząć pisać w ośrodku rozległ się dźwięk sygnalizujący obiad. Ok.. jakim cudem.. nieważne. Gdy wziąłem jedzenie na tacę, skierowałem się w stronę stolików. Chan nie było.. pewnie zabrali ją na badania, po tym jak dostała szału. W skupieniu przyjrzałem się posiłkowi. Gotowane ziemniaki, kotlet mielony i jakaś surówka. Wow po raz pierwszy nie chcą nas otruć. Dlaczego jest mi smutno? Przecież nie jestem babką przed okresem, litości. Kiedy kończyłem jeść, ktoś zajął miejsce obok mnie. Podniosłem głowę do góry. Jego można było się spodziewać. -Nie będę owijał w bawełnę, chyba cały psychiatryk słyszał waszą kłótnię na dziedzińcu. – obrócił krzesło i usiadł naprzeciwko. –Ej, ty przeprosiłeś ją? Za co? -Już sam nie wiem – odparłem i poszedłem odnieść pozostałości po obiedzie. Właśnie teraz czuję się jakbym był normalny.. bez tych zaburzeń i tak dalej. Ratujcie noo! –Ashton.. okradaliśmy sklepiki w Londynie? – zapytałem. Niech będzie.. dla pewności. -Ha ha.. z księżyca się urwałeś, czy leki zakłócają twoją pamięć? Okolice Londynu, nie w samym mieście, ok? – ze śmieszkiem na ustach popchnął mnie, a ja mu oddałem. Skończyło się na gonitwie po korytarzach. Zabawnie musieliśmy wyglądać, wymijając pielęgniarki. Zatrzymaliśmy się przy jego pokoju. Zdyszany spytał czy mógłbym z nim chwilę posiedzieć, aż wróci jego współlokator. Zgodziłem się. Wchodząc przez drzwi zdziwiłem się. Pomieszczenie, w którym on spał wyglądało inaczej. Zielone ściany, mnóstwo szafek, niedaleko łóżek. Sam przysiadł na krześle, wyciągnął coś z biurka i rzucił w moją stronę. Pomińmy fakt, że ta książka prawie przeleciała obok mojej twarzy. -Panie Clifford, proszę opuścić pana Irwina i pójść ze mną – niespodziewanie zjawiła się lekarka. Nawet dobrze nie porozmawialiśmy ze sobą, tylko zawsze muszą przerywać. Ashton zaśmiał się, a ja ruszyłem za kobietą. Kierunek w jakim zmierzaliśmy, wcale mi się nie spodobał. Najpierw w lewo.. następnie schodami w dół. Stop! Idziemy w stronę sali na dole.. co oznacza. Do jasnej cholery oni będą robić te pojebane badania! Czy jestem przerażony? I to na maxa! Przecież oni mogą zrobić pranie mózgu, albo jeszcze gorzej. Dlaczego ja? Nic nie zrobiłem. Nie sprawiałem kłopotów, wystąpiło jedynie zamieszanie z powodu kłótni. Żegnaj świecie.

sobota, 28 lutego 2015

Rozdział ósmy - znałem go wcześniej, ale.. zmienił się. Na gorsze.

Po zjedzonym śniadaniu wszyscy udali się na zajęcia. Jedni terapeutyczne, drudzy na takie bardziej normalne. Ja wylądowałem w grupie „panowania nad emocjami”. Smieszna nazwa co? Znajdują się w niej takie osoby.. o podobnym problemie. Prowadzi ją facet.. mający na moje oko gdzieś tak 30 – 40 lat. Opowiada nam o tym, jak zachować się w sytuacjach kryzysowych, kiedy gniew osiąga szczytową formę, a my musimy nad nim zapanować. Pomińmy moje szepty w głowie. Pojawiają się już.. rzadko. Jak zacząłem rozmawiać z ludźmi.. opuściły mój umysł. Powiedziałby ktoś „gratulacje! Pozbyłeś się ich na dobre!” Taa.. chciałbym to potwierdzić, lecz.. czasami czuję, że.. czają się.. aż popełnię najmniejszy błąd, aby móc znowu się uaktywnić. Dzisiaj po raz pierwszy zauważyłem na tych zajęciach.. Irwina. Ehe, nikt się nie przesłyszał. Ashton Irwin siedzi tu, w tym ośrodku, nawet dłużej ode mnie. Kto to jest? Ha ha, czy raczej kto to był? Popularny chłopak ze starej szkoły. Dziewczyny zmieniał jak rękawiczki. Na każdą kolejną noc była inna. Nie umiał się zdecydować lub.. nie natrafił jeszcze na „miłość swojego życia”, która by go ustabilizowała. O ile się nie mylę.. jakoś cztery miesiące przed zamknięciem mnie tu.. brał jakieś zioło.. albo narkotyki. 
Skąd tyle wiem? Oh, nie pochwaliłem się. Byliśmy razem w „gangu”. Małej grupce, okradającej sklepiki. Nic trudnego. Wyłączenie alarmu i te sprawy. On przewodniczył. Był mózgiem każdego planu. Do czasu. Złapali.. ich. Ja jakimś cudem uciekłem z miejsca wydarzenia. Ale wtedy był wkurwiony.. winę zrzucił na dzieciaka o imieniu Niko.. czy jakoś tak. Mieliśmy wtedy tylko 16 lat..
Przewróciłem oczami. Czas wracac na ziemię i słuchać co Sam mówi. Nie chcę oberwać, za „bujanie w obłokach”. Jego wykład o agresji był niezmiernie ciekawy. Nie wiem czy użyłem dobrego określenia. Każde słowo.. „chłonąłem”. Czuję, że.. to miejsce zaczyna mnie zmieniać. Tak.. i to pozytywnie. Pewnie naczytaliście się pełno rzeczy o tym, jak ludzie wyszli z psychiatryka i byli dużo gorsi. To.. zależy od człowieka. Stawiane jest mu pytanie.. „chcesz się zmienić, wyjść z bagna, czy nadal w nim tkwić”. Widać, że większość wybierała drugą opcję. Nigdy nie zakładałem, że będzie łatwo. Owszem.. mój stan zdrowia może się pogorszyć.. wybuchy ponownie nastąpić, lecz.. krok po kroku.. o ile będę współpracował z innymi.. problem.. zacznie uciekać.. oddalać się.
Wow nie wierzę, że po wysłuchaniu tego genialnego gościa.. z resztą nie ważne. Miewam swoje „olśnienia”.
Chwyciłem zeszyt, a następnie po drodze, idąc na stołówkę, zostawiłem go w pokoju. Nadeszła pora obiadu. Tym razem musiałem go zjeść razem z Stevenem, moim „opiekunem”. Powoli przeżuwałem kotleta, gdy on zadał pytanie. O mało co nie zakrztusiłem się. Mogłem zginąć!
-Michael.. dobrze się czujesz? Zachowujesz się inaczej, rozmawiasz z dzieciakami, które tutaj przebywają, uczestniczysz w zajęciach bez marudzenia, co się z tobą stało? Jestem pod wrażeniem. Gdzie się podział Clifford, usiłujący uciec stąd? – Ok… to aż tak postępy poszły na przód? Po wypluciu kawałka mięsa – rozbawiłem tym innych, pomińmy to – otworzyłem szeroko oczy. On nadal oczekiwał na odpowiedź.
-Emm.. no.. postanowiłem się poddać? – zabrzmiało to szczeniacko, przyznaję –Jasne, chcę wrócić do matki i tak dalej, ale zdałem sobie sprawę, że jest inna droga.. – spuściłem głowę i wpakowałem do buzi surówkę. Mm jarzynowa, przejdzie spokojnie. Ku jeszcze większemu zdziwieniu, mężczyzna zaklaskał w dłonie. Po co ten cały aplauz? Cholera wie..

Zmieszany poszedłem odnieść tacę. Brzuch pełen, spotkanie z terapeutką dopiero za dwie godziny.. czyli około szesnastej.. czas wolny. Miny reszty mówiły same za siebie. Ciężko westchnąłem i skierowałem się na dziedziniec, czy raczej.. podwórko.
Jesienny wiatr rozrzucał liście z drzew w każdą możliwą stronę. Jedna osoba grała.. lub raczej usiłowała brzdąkać coś na gitarze. Obojętnie przeszedłem obok dziewczyn, które skakały przez.. gumę? Chyba tak nazywa taki jakby sznurek rozciągany przez dwie nastolatki. Westchnąłem i następnie uśmiechnąłem się na widok Chan. Współlokatorka siedziała na ławce przyglądając się swoim bliznom. Ałć.. na samo wspomnienie o tym mam ciarki. Nigdy nie zrozumiem ludzi, którzy oszpecają swoje ciało. Ok.. smutek to raz.. dobra, nie mieszam się w te sprawy, mnie nie dotyczą teraz ani w ogóle. Mocniejszy podmuch powietrza sprawił, że Channtelle pisnęła, przytrzymując włosy. Zaśmiałem się. Chwilę potem zająłem miejsce przy brunetce. Cisza mogła trwać wieki.. niestety.. jesteśmy.. po prostu tu zawsze jest głośno. Nawet nie zorientowałem się, gdy dziewczyna oparła głowę, o moje ramie.
-Patrzenie na dłonie, nie sprawi, że ślady znikną – odezwałem się w końcu. Ile czasu trwaliśmy w milczeniu? Dałbym przysiąc.. pięć? Dziesięć minut? Zgaduję..
-Może nie, ale wspomnienia zostaną na zawsze.. – odparła, podnosząc się. Odgarnęła kilka pasemek na prawą stronę i spojrzała prosto w moje oczy. Niekomfortowo.. trochę.. –Słuchaj mam pytanie, korzystając z okazji – zachichotała, co całkowicie wybiło mnie z rytmu. Najpierw patrzymy na siebie, a potem.. bum? Super! –Kim jest Ashton Irwin, znasz go? – dlaczego właśnie zapytała o tego debila, plus.. jeśli on wcześniej wylądował w wariatkowie.. ile było procent szans na ich spotkanie? „A jeśli ona go unikała? Używaj czasem mózgu, pacanie!” Jestem przekonany, że sumienie przedrzeźnia moje słowa. Kilkakrotnie zamrugałem, aby ułożyć sensowną odpowiedź. Nie powiem jej wszystkiego.. bo to by była okazja do dowiedzenia czegoś o.. Michaelu.. znacie gościa? Taki debil, nie panujący nad sobą.. moment.. to przecież ja!
-Em.. znałem go wcześniej.. ale zmienił się. Na gorsze. Uwierz mi, nie ma takiego drugiego.. napaleńca? – wybrałem złe określenie, ponieważ Chan wybuchła śmiechem –Nie to miałem na myśli! On.. ma charakter przywódcy.. nie polubiłabyś go. Przez jego akcję prawie wpadłem w ręce policji, podczas rozróby.. – stop, stop, stoop! Za dużo! Kurdee. Aż zatkałem sobie usta. Niemożliwe.. potrafię się przed nią otworzyć. Mógłbym gadać i gadać.. ale bez przesady. Jednak.. ona oczekiwała co powiem dalej. Ups.. nie zamierzam tego zrobić. Nerwowo podrapałem się w kark. –Możesz zapomnieć o ostatnim zdaniu? – wyszczerzyłem zęby. Podziałam na nią? Błagaam.
-Uu policja.. gdybym tylko wiedziała. Clifford.. wcześniej posiadałeś bardzo zabawne życie – poklepała po kolanie.
-A ty wszystko widzisz przez różowe okulary.. zdarzyło się dawno temu..
-Dawno temu? Trzy lata? Okradliście sklep.. mojego taty! – złość „wstąpiła” w nią. Ok.. taki obrót spraw? Czy mogę poprosić o łagodniejszą wersję?

sobota, 7 lutego 2015

Rozdział siódmy - jeszcze nie zwątpiłem.

Z samego rana obudziłem się z przeraźliwym bólem głowy. Niezjedzona kolacja.. ugh. Byłem zmuszony, aby przejść się po tabletkę przeciwbólową. Po „zjedzeniu” leków, wskoczyłem pod kołdrę. Godzina młoda.. 6:50, a moja współlokatorka śpi w najlepsze. Od niechcenia otworzyłem zeszyt, który służył za pamiętnik.
„Dzień czterdziesty. Co się wydarzyło? Nieznajomy ból we łbie. Człowiek nie może spokojnie pospać, bo coś cały czas pulsuje w skroniach. Niedawno wstałem. Chan tak zabawnie wygląda, kiedy podczas snu ma otwarte usta. Śmiesznie by było, gdyby mucha jej tam wleciała. To nie było wredne.. ani trochę. Hmm.. 6:52.. no nareszcie zmienili zegar.. jeśli można nazwać tak dodatkowym dostawieniem. Czy ja na balkonie zauważyłem Luke’a? Zwidy? Nie wiem, idę sprawdzić.”
podniosłem się i przeszedłem kilka kroków na przód. Co ja wyprawiam? Tam nie ma Hemmingsa.. jak zwykle.. schizy. Przystanąłem nad dziewczyną. Skąd to się wzięło, że my faceci lubimy patrzeć jak kobiety śpią? „Bo może wtedy wyglądają tak niewinnie”. Możliwe. Kiedy przekręciła się na drugą stronę, prawie wpadłem na drewnianą obudowę łóżka. „Strachajło”.
-T..tony krwi.. mnóstwo.. t..tone.. Michael.. ratuj.. nie chciałam.. – wymamrotała przez sen. Czy ja dobrze usłyszałem moje imię? Jestem w jej śnie? „Ona tez występuje w twoich debilu” oł.. jakbym dostał od samego siebie w twarz. Głęboko odetchnąłem i ponownie wziąłem zeszyt do ręki. Pomażę sobie kartki.. od tak.. z nudów.
Perspektywa Chan.
Dusiłam się. Ciemna dłoń ciągnęła mnie w dół, na dno morza krwi. Ktoś by się spytał skąd ono się wzięło. Zawsze mam koszmary, po tym jak.. zrobię kolejne blizny. Moja wina, że.. nie znalazłam innego sposobu. Owszem. Zaburzenia z psychiką posiadam. Niby czemu trafiłam tutaj po raz drugi? Początkowo byłam jedynie przez dwa tygodnie. Po czternastu dniach nic nie robienia, wydali oświadczenie „Pacjentka czuje się dobrze, nie wykryto żadnych zmian.” Jeden wielki błąd. To przez nich moje ręce i uda.. były przykryte brązowymi liniami. Wielokrotnie lądowałam w szpitalach. Bez skutku. Po pierwszej nieudanej próbie samobójczej rodzice zamiast okazywać współczucie, troskę.. odrzucili najstarszą córkę. Czułam.. takie coś w sercu, że nikt nie pokocha więcej takiej idiotki jak ja. Chciałam zniknąć z tego świata jak najszybciej. Po co miałabym istnieć, skoro jestem niepotrzebna? Nadszedł dzień.. przeważający. Decydujący o wszystkim. Jak tylko przywrócili mi przytomność, dostałam komunikat, że wracam do ośrodka.. i to na o wiele wiele dłużej. Śmiałam się im w twarz. Uhu! Byłam stuprocentowo pewna o szybkim wypisaniu. Pomyliłam się. Już na wstępie.. poznałam GO. Michael Clifford. Chłopak z zaburzeniami. Ostrzegali mnie przed jego wybuchami gniewu. Taa.. lecz.. kto słucha facetów w białych fartuchach? Osoby przestraszone.. nie należę do nich. Wracając do tematu.. nie odpowiedziałam mu na pytanie.. „dlaczego to zrobiłaś”. Wiedziałam.. nie mógł patrzeć na moje dłonie, oszpecone.. za pomocą żyletki. Nie odezwałam się. Do czasu.. chociaż nadal nie wie jakim sposobem znalazłam się tu po raz drugi.. wyjaśnię. W sumie.. wierzę, że pomogę chłopakowi. Miewa on wewnętrzne demony. Czasami szepcze sam do siebie. Widać to, naprawdę.
Co do tej „pomocy”.. Mike.. nazywam go tak jedynie w myślach.. okazuje uczucia skierowane wyłącznie do mnie. Odwzajemniam je. Lubię jak przytula moje drobne ciało i przez kilka minut siedzimy w ciszy. Jeszcze ten pocałunek w policzek.. należało mu się.
Delikatnie przeciągnęłam się na całej długości łóżka, lekko przy tym stękając. Zdarzają mi się takie dźwięki, szczególnie przy rozciąganiu się. Gdy spojrzałam w prawo.. zauważyłam.. Michaela rysującego.. coś. Taki skupiony.. niegrzecznie jest przerywać.. nie pogniewa się.. na słowa.
-Dzień dobry.. – powiedziałam po cichu, mając to w zwyczaju. Nie lubię swojego głosu z rana.. taki dziwny.. raczej dziwna barwa ugh.
-Dobry – uśmiechnął się. Co? Zrobiłam zaskoczoną minę. Dobrze widzę tak? – Ty.. masz dobry humor? Co się stało? – zapytałam, siadając po turecku. Nadal ciekawi mnie dlaczego nie mogę mieć kolorowej pidżamy..
-Nic takiego – odpowiedział. –Jak człowiek wyznacza cel.. dąży do niego. – a to nowość. Po chwili materac ugiął się pod jego ciężarem. Przesunęłam się, bacznie obserwując ile miejsca zostało.
-A masz taki?
-Będę walczył. – jego oczy zalśniły, zajaśniały, cokolwiek! –Nie ważne czy o mnie, o Ciebie.. nie poddam się. Jeszcze nie zwątpiłem w swoje siły. – spuściłam wzrok. Tak pięknie mówi.. jak.. nowonarodzony. –Chcę jak najszybciej opuścić to miejsce. – nie podoba się mu. Podziwiam tą odwagę. Podobnie sobie wmawiałam.. pozytywnie nie wyszło. Przygryzłam wargę, po czym.. zauważyłam, że trzyma moją dłoń.. n.. nie.. nasze palce są splecione ze sobą.. –Nie martw się. Dopóki trzymamy się razem.. uda się.
-N.. nie zostawisz mnie jak.. wiesz.. – wielka gula w gardle uniemożliwiała mówienie. Boję się. Przyznaję! Nie widzę swojego świata bez Michaela! Miałam ochotę się rozpłakać. Westchnęłam.
-Chan.. może to głupie.. mój świat.. bez Ciebie.. nie będzie taki fajny – śmiech chłopaka rozszedł się po pokoju. To wystarczy. Jest potwierdzenie. Najlepsza myśl.. nie zostanę sama. Mam taką nadzieję.. oby.
Powrót do perspektywy Michaela.
-… nie będzie taki fajny – śmiech.. znalazł drogę wyjścia. „Wow, jakie zmiany! Obiecałeś dziewczynie spooro.” No i? Jak zechce.. niech nawet zamieszka ze mną i moją matką. Nie mam nic przeciwko! Przestałem „rechotać”, gdy po jej policzku spłynęła łza. Zrobiłem coś źle? Ej.. przecież. Podrapałem się w tył głowy. Kurde.. niezręcznie. Do diaska co teraz? –Wszystko ok? – spytałem. Nie ogarniam niektórych odruchów u dziewczyn. Skinęła na tak. Odetchnąłem z ulgą i przytuliłem ją do siebie. Powiedzmy, że wyrobiłem taki „gest”.
Sielanka nie trwała długo z powodu śniadania. Zbladłem na widok ogórków na kanapkach. Jenyy.. ile razy będą podawać.. zielone? Chyba zwrócę batonika, którego zwędziłem Stevenowi (Ciiii). Niechętnie przesunąłem się w bok. Nieświadomy tego co robię wpadłem na jakiegoś gościa. Mleko pięknie wylądowało na jego dresach. Mam przechlapane, prawda? Po chwili na stołówce rozniósł się krzyk. Gdybym tylko przewidział..
-Jesteś kurwa ślepy czy jak?! Czy każdy tutaj nie ma oczów?! Ogarnijcie się! – koleś z trzaskiem położył tacę i ruszył w moim kierunku. Odważnie podniosłem wzrok do góry. N..niemożliwe. Czerwona bandana wyróżniała się spod brązowych włosów. Na sobie miał dres. Pff.. wszyscy nosimy takie ubranie. Już miał zamiar wygrażać ręką, gdy nagle.. przystanął. Ok.. co tu się wyprawia. Obejrzałem się do tyłu. Przecież nic się nie dzieje. Ludzie jedzą spokojnie swoje posiłki.. moment. Ignorują nas. Nie pojąłem. Wziąłem głęboki oddech. Pójdę gdzieś indziej. Nie wiedziałem, że.. słów mi brakuje. Potrzebuję pomocy. Pokręciłem głową i postawiłem kilka kroków do przodu. Mam zacząć się śmiać czy jak? Co ja w ogóle wyprawiam. Razem z jakimś chłopakiem.. stoimy naprzeciwko siebie, mierząc wzrokiem. On jest jakiś dziwny.. „a ty normalny? Nie wkurzyłbyś się?” Ranyy..
-Kojarzę Cię skądś.. nie byłeś czasami na rozrubie u Charliego? – zmarszczyłem brwi, słysząc to pytanie. O kurde..
-Nawet jeśli byłem to co?
-Nie wierzę.. powiedzieli mi, że trafi tutaj jakiś koleś, którego będę kojarzył, ale gdyby powiedzieli o Michaelu Cliffordzie, przegrałbym fortunę. Dobrze widzieć starego towarzysza – kpiąco się uśmiechnął. Suuper. Teraz moja chęć opuszczenia ośrodka stała się jeszcze większa, niż przypuszczałem.
-Odpuść sobie Ashton. – poklepałem go po ramieniu i przysiadłem się do stolika Chan. To będzie dłuuugi pobyt.

środa, 4 lutego 2015

Rozdział szósty - zły dzień.

Każdy z nas miewa takie dni, w których nie chce za żadne skarby rozmawiać z drugą osobą. Chce zostać sam i pogrążyć się w smutku. Wmawia sobie, że niby jest ok. Jednak.. chciałoby się posłuchać smutne piosenki, aby padał deszcz. 
Niestety to mnie dopadło. Od samego rana.. marudziłem, żeby nie powiedzieć, że wkurwiałem się na każdym kroku. Na zajęciach byłem całkowicie wyłączony. No.. zdawałoby się, że słucham, lecz.. to nie tak. Od dłuższego czasu mocno się pociłem. Po prostu było mi w chuj gorąco, a leki w żaden sposób nie potrafiły zbić temperatury. „On nie ma gorączki, nic nie rozumiem” – powiedziała pielęgniarka, do której trafiłem po godzinie dziewiątej. A może sam będę wiedział he? Wybaczcie wykształcenia lekarza nie posiadam plus.. coś się pogorszyło. Szepty.. zaczęły wracać. Znikąd. Przez tyle czasu miałem spokój, czasami udawało się, że nie nękały kilka dni. Jeszcze powróciły te omamy z Tylerem. CO ZE MNĄ NIE TAK?!
-Usiądź na krześle i poczekaj, aż wyjdzie Channtell. – że jak?! Podziałało jak na byka płachta. Co ona robiła u lekarza? Nie zauważyłem.. nie czuła się źle.. „Oh Michael przejmujesz się zwykłą śmiertelniczką, odpuść sobie”
-Nigdy.. – szepnąłem. „Ha ha.. nie wywalczysz dla niej zbawienia. Uwolnij siebie, potem ratuj innych” głupi śmieszek rozniósł się w moim umyśle echem. To nie tak.. to Chan.. musi.. uwolnić.. mnie.
Wow.. nigdy nie dałbym wiary, że pomyśle o tym w taki sposób. Przeczesałem ręką włosy. Niebieskie krzesełko zaczynało irytować. Gdy tylko drzwi się otworzyły, natychmiastowo wstałem. Zmierzyłem ją wzrokiem od góry do dołu. Nic szczególnego nie rzuca się w oczy. Już miałem wejść, lecz.. przystanąłem. Dlaczego ona ma na lewej ręce bandaż?! I w miejscu, gdzie miała blizny. Podszedłem do niej zdecydowanym krokiem. –Nie mów, że się pocięłaś.. – ciężko oddychałem.
-Ja.. przepraszam.. – spuściła głowę, ale kiedy chciała odejść, mocno złapałem ją za ramię. –Czemu to zrobiłaś?! – wrzasnąłem. –Obiecałaś! Nie mogłaś tego zrobić! Okłamałaś mnie! Nie daruję Ci tego! Oszukałaś.. – z moich ust posypały się w jej kierunku bluźnierstwa. Nawet nie zorientowałem się, że dwóch mężczyzn trzymało mnie, abym nie wyrwał z uścisku. Szarpałem się, kopałem nogami w powietrzu. Straciłem zaufanie. Rozmawialiśmy o tym. Ja będę się kontrolował, a Chan.. nie miała.. wykonywać kolejnych blizn. Dosyć, nienawidzę ją! Nie wiem jak długo to trwało, ale przenieśli „szaleńca Michaela” na łóże, na którym związali ręce. Co do cholery.. –Wypuście..! Nie jestem szalony! Dajcie mi normalnie żyć! Ja więcej nie będę..! – po ukłuciu igłą poddałem się. Powieki opadły, wbrew woli.
Sen.. koszmar. Znajdowałem się w Sali tortur. ONA też. Obok. Tyler śmiał się nam w twarz pokazując co róż nowe „zabawki”. Piła? Korbacz? Wszystko tu było. Nagle za jego plecami pojawił się Luke. To nie był on. Czarne oczy, uśmieszek. Posunął do Channtelle. Jak na złość poderżnął jej gardło. Wpadłem w szał. Krzyczałem, aby obudziła się.
„No patrz Clifford. Nie uratowałeś dziewczyny, bo sam jesteś przykuty. Tak już jest. Najpierw ratuj siebie, żeby inni nie cierpieli za twoją wolność” – syknął do ucha.
-Chaaan! – obudziłem się ze wrzaskiem. Kurwa.. takie sny.. byłem cały mokry. Leżałem pod białą kołdrą. Natychmiastowo zrzuciłem z siebie. Pidżama lepiła się do każdego centymetra ciała. Za jakie grzechy muszę przeżywać takie męczarnie? Nie potrafiłem unormować oddechu. Łzy w oczach.. chwila, ja płakałem? Najdziwniejsze co przytrafiło się w moim życiu.
-Dobrze, że się wybudziłeś. Ktoś czeka przy telefonie. Chce z tobą porozmawiać. Masz piętnaście minut, na ogarnięcie. – Steve wyjrzał przez drzwi i zniknął. Suuper. Miałem koszmar, najgorszy jaki mógłby się przyśnić, a ten oznajmia.. jenyy. Udałem się do łazienki i ściągnąłem wszystkie ubrania. Na moment wszedłem pod prysznic. Długi on nie był, bo miałem określony czas. Jakieś dwie minuty przed, biegłem do telefonu. Zdążyłem? Z niewiedzą podszedłem do urządzenia i chwyciłem za słuchawkę. Oby to nie był on..
-Halo? – wypowiedziałem niepewnie. Strach.. dlaczego objawia się w najmniej spodziewanym momencie? Czemu akurat boję się głosu po drugiej stronie? Przecież ta osoba mi nic nie zrobi. Chyba, że jest czarodziejem.. ha ha a oni nie istnieją! Dobre.
-Michael? Czy.. to naprawdę ty? – zamarłem. Musiałem oprzeć się o stolik z wrażenia. M..moja.. mama. Ignorowała swojego syna przez tyle czasu. Niewiarygodne. Aż wargi zadrżały.
-Tak mamo, to ja – wow.. nadal szok. Co się ze mną dzieje? Gniew, strach, mega zaskoczenie.. wszystko naraz. Rodzicielka odetchnęła z ulgą. Dałbym wiarę, że płacze, ponieważ ciągłe ciąganie nosem nie świadczy o katarze. Ze spokojem zaczęliśmy rozmawiać. Momentami.. uśmiechałem się na radośniejsze wiadomości. Kto by się nie cieszył. Mogłem słuchać ja godzinami. Po raz pierwszy.. szczerze przyznaję się, że tęsknię za nią. Przetrwała każdy mój wybryk, każde złe słowo skierowane do niej pod wpływem nerwów. Przekleństwa.. ile razy wyzwałem własną matkę w furii od suk? Tak, żałuję, ale co się stało, to się nie odstanie. Na wspomnienie o ojcu.. zamilkła. Powiedziała, że nie chce poruszać tego tematu. Za bardzo ją bolał. A.. jeżeli ktoś powiedział o zdradach taty? Kurde..  pokręciłem głową. Już miałem mówić o dzisiejszym związaniu, gdy do sali weszła Chan. Ok.. ona będzie też gadac przez telefon? Nie wiem.
-Synu.. czy.. zobaczymy się niedługo? Dajesz sobie radę? Masz jakieś wsparcie? Twoje wybuchy.. przeczuwałam coś o złych lekach, ale nie byłam pewna czy.. – wzięła głęboki oddech –Życzę Ci, aby w końcu ktoś odmienił twój los na lepsze. Postaraj zapomnieć o starych nawykach. Chciałabym, żeby stary Mikey powrócił pełni sił.. – schowałem twarz w dłoniach. Po policzkach dobrowolnie popłynęły łzy. Tylko.. tylko mama tak na mnie wołała.. kiedy byłem mały. Teraz.. nie wiedziałem co odpowiedzieć. Dzieciństwo.. dało o sobie znać. Miałem taką chwilę.. byliśmy na placu zabaw. Bujałem się na jednej z huśtawek, dokładniej.. ojciec popychał moje plecy, a ja szczerzyłem się do mamy. Rzecz w tym.. tego dnia założyłem koszulkę z myszką Miki.. bardzo ją lubiłem.. od tego.. powstało przezwisko, o którym wiedzieli jedynie rodzice, nikt inny.
-Też bym chciał, naprawdę. Eh.. mam wsparcie.. jest taka dziewczyna.. nie boi się moich wybuchów, lecz.. od rana uważałem.. posiadałem zły dzień.. poniosło.. zdenerwowanie.. nie potrafię ubrać w słowa. Podsumowując.. ciężko jest, będę walczył. Dla siebie.. dla innych.. – wypuściłem gwałtownie powietrze z płuc. Cholera.. może nie zostało to wypowiedziane perfekcyjne, ale.. ona zrozumiała co miałem na myśli. Ciepło pożegnaliśmy się, obiecując wynegocjować jakieś spotkanie. Oparłem się na ręce. Taka rozmowa była potrzebna. Odprężyłem myśli.. wyznaczyłem nowy cel. „Trzeba zapisać w pamiętniczku ku pamięci..” pomyślałem sarkastycznie. Drgnąłem na czyjeś odchrząknięcie. Zapomniałem.. Chan.. w jednym pomieszczeniu..
-Wybaczam – uśmiechnęła się i ukucnęła przy mnie. Ok.. nazywamy ten wieczór „Zaskakujemy Clifforda”?. Nie wiedząc o co jej chodzi, spojrzałem na nia pytająco. Od mojej osoby powinna oczekiwać przeprosin.. powinienem błagać o wybaczenie. Westchnąłem. Już nic nie ogarniam.
-Czy mogę dostać olśnienia? – zapytałem poruszając dłońmi w geście „ta daa”.. coś w tym stylu.
-Pewnie. Jakbyś nie zauważył.. słyszałam twoją konwersację. Pomińmy ten wybuch. Moja wina, stałam się słabą istotą, zrobiłam jedną kreskę, przepraszam. Te słowa.. liczę, że również mam w tobie wsparcie. – zachichotała i.. dostałem prezent. Buziak w policzek. Jeden gest.. a spowodował, że.. zastygłem. Ha ha! Nasuwa się pytanie. Całowałem się? Pewnie, że tak a kto tego nie robił.
Nie uciekałem przed dziewczynami, ale także na imprezach nie kręciłem z nimi. Owszem.. kiedyś tam chodziłem z nijaką Andreą.. pff przeszłość. Bardziej kręciły mnie bójki, bijatyki. Channtelle.. ma w sobie.. niezidentyfikowane coś. Lepiej czuję się w jej towarzystwie.
Gdy uszczypnęła prawą rękę, powróciłem na ziemię. Ugh.. co mówiła wcześniej? No..
-Masz je.. od samego początku. – pociągnąłem ją za dłoń, takim sposobem wleciała w moje ramiona, umożliwiając przytulenie. Jeju.. uwielbiam przytulać Chan.. dziwne stwierdzenie?
-Uważaj, bo jeszcze się przyzwyczaję – zachichotała. Puściłem to mimo uszów.
Ratowanie.. czas start.
----------------------------------------------------------
Ktoś tu w ogóle czekał? Haha, kogo ja oszukuję, ostatni post dodałam w sierpniu.
Owszem, ale zostawiłam wam informację.. opowiadanie mogliście przeczytać na serwisie wattpad c;
Ale no cóż, nie każdy ma tam konto itd, dlatego powróciłam żeby publikować dalej. Następny rozdział pojawi się w piątek.
Trochę przedłużałam powrót, ale nadal czekam na szablon, lecz.. poczekam sobie do końca lutego. Dziewczyna u której zamówiłam, ma strasznie dużo roboty z innymi szablonami..
to tyle.