sobota, 28 lutego 2015

Rozdział ósmy - znałem go wcześniej, ale.. zmienił się. Na gorsze.

Po zjedzonym śniadaniu wszyscy udali się na zajęcia. Jedni terapeutyczne, drudzy na takie bardziej normalne. Ja wylądowałem w grupie „panowania nad emocjami”. Smieszna nazwa co? Znajdują się w niej takie osoby.. o podobnym problemie. Prowadzi ją facet.. mający na moje oko gdzieś tak 30 – 40 lat. Opowiada nam o tym, jak zachować się w sytuacjach kryzysowych, kiedy gniew osiąga szczytową formę, a my musimy nad nim zapanować. Pomińmy moje szepty w głowie. Pojawiają się już.. rzadko. Jak zacząłem rozmawiać z ludźmi.. opuściły mój umysł. Powiedziałby ktoś „gratulacje! Pozbyłeś się ich na dobre!” Taa.. chciałbym to potwierdzić, lecz.. czasami czuję, że.. czają się.. aż popełnię najmniejszy błąd, aby móc znowu się uaktywnić. Dzisiaj po raz pierwszy zauważyłem na tych zajęciach.. Irwina. Ehe, nikt się nie przesłyszał. Ashton Irwin siedzi tu, w tym ośrodku, nawet dłużej ode mnie. Kto to jest? Ha ha, czy raczej kto to był? Popularny chłopak ze starej szkoły. Dziewczyny zmieniał jak rękawiczki. Na każdą kolejną noc była inna. Nie umiał się zdecydować lub.. nie natrafił jeszcze na „miłość swojego życia”, która by go ustabilizowała. O ile się nie mylę.. jakoś cztery miesiące przed zamknięciem mnie tu.. brał jakieś zioło.. albo narkotyki. 
Skąd tyle wiem? Oh, nie pochwaliłem się. Byliśmy razem w „gangu”. Małej grupce, okradającej sklepiki. Nic trudnego. Wyłączenie alarmu i te sprawy. On przewodniczył. Był mózgiem każdego planu. Do czasu. Złapali.. ich. Ja jakimś cudem uciekłem z miejsca wydarzenia. Ale wtedy był wkurwiony.. winę zrzucił na dzieciaka o imieniu Niko.. czy jakoś tak. Mieliśmy wtedy tylko 16 lat..
Przewróciłem oczami. Czas wracac na ziemię i słuchać co Sam mówi. Nie chcę oberwać, za „bujanie w obłokach”. Jego wykład o agresji był niezmiernie ciekawy. Nie wiem czy użyłem dobrego określenia. Każde słowo.. „chłonąłem”. Czuję, że.. to miejsce zaczyna mnie zmieniać. Tak.. i to pozytywnie. Pewnie naczytaliście się pełno rzeczy o tym, jak ludzie wyszli z psychiatryka i byli dużo gorsi. To.. zależy od człowieka. Stawiane jest mu pytanie.. „chcesz się zmienić, wyjść z bagna, czy nadal w nim tkwić”. Widać, że większość wybierała drugą opcję. Nigdy nie zakładałem, że będzie łatwo. Owszem.. mój stan zdrowia może się pogorszyć.. wybuchy ponownie nastąpić, lecz.. krok po kroku.. o ile będę współpracował z innymi.. problem.. zacznie uciekać.. oddalać się.
Wow nie wierzę, że po wysłuchaniu tego genialnego gościa.. z resztą nie ważne. Miewam swoje „olśnienia”.
Chwyciłem zeszyt, a następnie po drodze, idąc na stołówkę, zostawiłem go w pokoju. Nadeszła pora obiadu. Tym razem musiałem go zjeść razem z Stevenem, moim „opiekunem”. Powoli przeżuwałem kotleta, gdy on zadał pytanie. O mało co nie zakrztusiłem się. Mogłem zginąć!
-Michael.. dobrze się czujesz? Zachowujesz się inaczej, rozmawiasz z dzieciakami, które tutaj przebywają, uczestniczysz w zajęciach bez marudzenia, co się z tobą stało? Jestem pod wrażeniem. Gdzie się podział Clifford, usiłujący uciec stąd? – Ok… to aż tak postępy poszły na przód? Po wypluciu kawałka mięsa – rozbawiłem tym innych, pomińmy to – otworzyłem szeroko oczy. On nadal oczekiwał na odpowiedź.
-Emm.. no.. postanowiłem się poddać? – zabrzmiało to szczeniacko, przyznaję –Jasne, chcę wrócić do matki i tak dalej, ale zdałem sobie sprawę, że jest inna droga.. – spuściłem głowę i wpakowałem do buzi surówkę. Mm jarzynowa, przejdzie spokojnie. Ku jeszcze większemu zdziwieniu, mężczyzna zaklaskał w dłonie. Po co ten cały aplauz? Cholera wie..

Zmieszany poszedłem odnieść tacę. Brzuch pełen, spotkanie z terapeutką dopiero za dwie godziny.. czyli około szesnastej.. czas wolny. Miny reszty mówiły same za siebie. Ciężko westchnąłem i skierowałem się na dziedziniec, czy raczej.. podwórko.
Jesienny wiatr rozrzucał liście z drzew w każdą możliwą stronę. Jedna osoba grała.. lub raczej usiłowała brzdąkać coś na gitarze. Obojętnie przeszedłem obok dziewczyn, które skakały przez.. gumę? Chyba tak nazywa taki jakby sznurek rozciągany przez dwie nastolatki. Westchnąłem i następnie uśmiechnąłem się na widok Chan. Współlokatorka siedziała na ławce przyglądając się swoim bliznom. Ałć.. na samo wspomnienie o tym mam ciarki. Nigdy nie zrozumiem ludzi, którzy oszpecają swoje ciało. Ok.. smutek to raz.. dobra, nie mieszam się w te sprawy, mnie nie dotyczą teraz ani w ogóle. Mocniejszy podmuch powietrza sprawił, że Channtelle pisnęła, przytrzymując włosy. Zaśmiałem się. Chwilę potem zająłem miejsce przy brunetce. Cisza mogła trwać wieki.. niestety.. jesteśmy.. po prostu tu zawsze jest głośno. Nawet nie zorientowałem się, gdy dziewczyna oparła głowę, o moje ramie.
-Patrzenie na dłonie, nie sprawi, że ślady znikną – odezwałem się w końcu. Ile czasu trwaliśmy w milczeniu? Dałbym przysiąc.. pięć? Dziesięć minut? Zgaduję..
-Może nie, ale wspomnienia zostaną na zawsze.. – odparła, podnosząc się. Odgarnęła kilka pasemek na prawą stronę i spojrzała prosto w moje oczy. Niekomfortowo.. trochę.. –Słuchaj mam pytanie, korzystając z okazji – zachichotała, co całkowicie wybiło mnie z rytmu. Najpierw patrzymy na siebie, a potem.. bum? Super! –Kim jest Ashton Irwin, znasz go? – dlaczego właśnie zapytała o tego debila, plus.. jeśli on wcześniej wylądował w wariatkowie.. ile było procent szans na ich spotkanie? „A jeśli ona go unikała? Używaj czasem mózgu, pacanie!” Jestem przekonany, że sumienie przedrzeźnia moje słowa. Kilkakrotnie zamrugałem, aby ułożyć sensowną odpowiedź. Nie powiem jej wszystkiego.. bo to by była okazja do dowiedzenia czegoś o.. Michaelu.. znacie gościa? Taki debil, nie panujący nad sobą.. moment.. to przecież ja!
-Em.. znałem go wcześniej.. ale zmienił się. Na gorsze. Uwierz mi, nie ma takiego drugiego.. napaleńca? – wybrałem złe określenie, ponieważ Chan wybuchła śmiechem –Nie to miałem na myśli! On.. ma charakter przywódcy.. nie polubiłabyś go. Przez jego akcję prawie wpadłem w ręce policji, podczas rozróby.. – stop, stop, stoop! Za dużo! Kurdee. Aż zatkałem sobie usta. Niemożliwe.. potrafię się przed nią otworzyć. Mógłbym gadać i gadać.. ale bez przesady. Jednak.. ona oczekiwała co powiem dalej. Ups.. nie zamierzam tego zrobić. Nerwowo podrapałem się w kark. –Możesz zapomnieć o ostatnim zdaniu? – wyszczerzyłem zęby. Podziałam na nią? Błagaam.
-Uu policja.. gdybym tylko wiedziała. Clifford.. wcześniej posiadałeś bardzo zabawne życie – poklepała po kolanie.
-A ty wszystko widzisz przez różowe okulary.. zdarzyło się dawno temu..
-Dawno temu? Trzy lata? Okradliście sklep.. mojego taty! – złość „wstąpiła” w nią. Ok.. taki obrót spraw? Czy mogę poprosić o łagodniejszą wersję?

sobota, 7 lutego 2015

Rozdział siódmy - jeszcze nie zwątpiłem.

Z samego rana obudziłem się z przeraźliwym bólem głowy. Niezjedzona kolacja.. ugh. Byłem zmuszony, aby przejść się po tabletkę przeciwbólową. Po „zjedzeniu” leków, wskoczyłem pod kołdrę. Godzina młoda.. 6:50, a moja współlokatorka śpi w najlepsze. Od niechcenia otworzyłem zeszyt, który służył za pamiętnik.
„Dzień czterdziesty. Co się wydarzyło? Nieznajomy ból we łbie. Człowiek nie może spokojnie pospać, bo coś cały czas pulsuje w skroniach. Niedawno wstałem. Chan tak zabawnie wygląda, kiedy podczas snu ma otwarte usta. Śmiesznie by było, gdyby mucha jej tam wleciała. To nie było wredne.. ani trochę. Hmm.. 6:52.. no nareszcie zmienili zegar.. jeśli można nazwać tak dodatkowym dostawieniem. Czy ja na balkonie zauważyłem Luke’a? Zwidy? Nie wiem, idę sprawdzić.”
podniosłem się i przeszedłem kilka kroków na przód. Co ja wyprawiam? Tam nie ma Hemmingsa.. jak zwykle.. schizy. Przystanąłem nad dziewczyną. Skąd to się wzięło, że my faceci lubimy patrzeć jak kobiety śpią? „Bo może wtedy wyglądają tak niewinnie”. Możliwe. Kiedy przekręciła się na drugą stronę, prawie wpadłem na drewnianą obudowę łóżka. „Strachajło”.
-T..tony krwi.. mnóstwo.. t..tone.. Michael.. ratuj.. nie chciałam.. – wymamrotała przez sen. Czy ja dobrze usłyszałem moje imię? Jestem w jej śnie? „Ona tez występuje w twoich debilu” oł.. jakbym dostał od samego siebie w twarz. Głęboko odetchnąłem i ponownie wziąłem zeszyt do ręki. Pomażę sobie kartki.. od tak.. z nudów.
Perspektywa Chan.
Dusiłam się. Ciemna dłoń ciągnęła mnie w dół, na dno morza krwi. Ktoś by się spytał skąd ono się wzięło. Zawsze mam koszmary, po tym jak.. zrobię kolejne blizny. Moja wina, że.. nie znalazłam innego sposobu. Owszem. Zaburzenia z psychiką posiadam. Niby czemu trafiłam tutaj po raz drugi? Początkowo byłam jedynie przez dwa tygodnie. Po czternastu dniach nic nie robienia, wydali oświadczenie „Pacjentka czuje się dobrze, nie wykryto żadnych zmian.” Jeden wielki błąd. To przez nich moje ręce i uda.. były przykryte brązowymi liniami. Wielokrotnie lądowałam w szpitalach. Bez skutku. Po pierwszej nieudanej próbie samobójczej rodzice zamiast okazywać współczucie, troskę.. odrzucili najstarszą córkę. Czułam.. takie coś w sercu, że nikt nie pokocha więcej takiej idiotki jak ja. Chciałam zniknąć z tego świata jak najszybciej. Po co miałabym istnieć, skoro jestem niepotrzebna? Nadszedł dzień.. przeważający. Decydujący o wszystkim. Jak tylko przywrócili mi przytomność, dostałam komunikat, że wracam do ośrodka.. i to na o wiele wiele dłużej. Śmiałam się im w twarz. Uhu! Byłam stuprocentowo pewna o szybkim wypisaniu. Pomyliłam się. Już na wstępie.. poznałam GO. Michael Clifford. Chłopak z zaburzeniami. Ostrzegali mnie przed jego wybuchami gniewu. Taa.. lecz.. kto słucha facetów w białych fartuchach? Osoby przestraszone.. nie należę do nich. Wracając do tematu.. nie odpowiedziałam mu na pytanie.. „dlaczego to zrobiłaś”. Wiedziałam.. nie mógł patrzeć na moje dłonie, oszpecone.. za pomocą żyletki. Nie odezwałam się. Do czasu.. chociaż nadal nie wie jakim sposobem znalazłam się tu po raz drugi.. wyjaśnię. W sumie.. wierzę, że pomogę chłopakowi. Miewa on wewnętrzne demony. Czasami szepcze sam do siebie. Widać to, naprawdę.
Co do tej „pomocy”.. Mike.. nazywam go tak jedynie w myślach.. okazuje uczucia skierowane wyłącznie do mnie. Odwzajemniam je. Lubię jak przytula moje drobne ciało i przez kilka minut siedzimy w ciszy. Jeszcze ten pocałunek w policzek.. należało mu się.
Delikatnie przeciągnęłam się na całej długości łóżka, lekko przy tym stękając. Zdarzają mi się takie dźwięki, szczególnie przy rozciąganiu się. Gdy spojrzałam w prawo.. zauważyłam.. Michaela rysującego.. coś. Taki skupiony.. niegrzecznie jest przerywać.. nie pogniewa się.. na słowa.
-Dzień dobry.. – powiedziałam po cichu, mając to w zwyczaju. Nie lubię swojego głosu z rana.. taki dziwny.. raczej dziwna barwa ugh.
-Dobry – uśmiechnął się. Co? Zrobiłam zaskoczoną minę. Dobrze widzę tak? – Ty.. masz dobry humor? Co się stało? – zapytałam, siadając po turecku. Nadal ciekawi mnie dlaczego nie mogę mieć kolorowej pidżamy..
-Nic takiego – odpowiedział. –Jak człowiek wyznacza cel.. dąży do niego. – a to nowość. Po chwili materac ugiął się pod jego ciężarem. Przesunęłam się, bacznie obserwując ile miejsca zostało.
-A masz taki?
-Będę walczył. – jego oczy zalśniły, zajaśniały, cokolwiek! –Nie ważne czy o mnie, o Ciebie.. nie poddam się. Jeszcze nie zwątpiłem w swoje siły. – spuściłam wzrok. Tak pięknie mówi.. jak.. nowonarodzony. –Chcę jak najszybciej opuścić to miejsce. – nie podoba się mu. Podziwiam tą odwagę. Podobnie sobie wmawiałam.. pozytywnie nie wyszło. Przygryzłam wargę, po czym.. zauważyłam, że trzyma moją dłoń.. n.. nie.. nasze palce są splecione ze sobą.. –Nie martw się. Dopóki trzymamy się razem.. uda się.
-N.. nie zostawisz mnie jak.. wiesz.. – wielka gula w gardle uniemożliwiała mówienie. Boję się. Przyznaję! Nie widzę swojego świata bez Michaela! Miałam ochotę się rozpłakać. Westchnęłam.
-Chan.. może to głupie.. mój świat.. bez Ciebie.. nie będzie taki fajny – śmiech chłopaka rozszedł się po pokoju. To wystarczy. Jest potwierdzenie. Najlepsza myśl.. nie zostanę sama. Mam taką nadzieję.. oby.
Powrót do perspektywy Michaela.
-… nie będzie taki fajny – śmiech.. znalazł drogę wyjścia. „Wow, jakie zmiany! Obiecałeś dziewczynie spooro.” No i? Jak zechce.. niech nawet zamieszka ze mną i moją matką. Nie mam nic przeciwko! Przestałem „rechotać”, gdy po jej policzku spłynęła łza. Zrobiłem coś źle? Ej.. przecież. Podrapałem się w tył głowy. Kurde.. niezręcznie. Do diaska co teraz? –Wszystko ok? – spytałem. Nie ogarniam niektórych odruchów u dziewczyn. Skinęła na tak. Odetchnąłem z ulgą i przytuliłem ją do siebie. Powiedzmy, że wyrobiłem taki „gest”.
Sielanka nie trwała długo z powodu śniadania. Zbladłem na widok ogórków na kanapkach. Jenyy.. ile razy będą podawać.. zielone? Chyba zwrócę batonika, którego zwędziłem Stevenowi (Ciiii). Niechętnie przesunąłem się w bok. Nieświadomy tego co robię wpadłem na jakiegoś gościa. Mleko pięknie wylądowało na jego dresach. Mam przechlapane, prawda? Po chwili na stołówce rozniósł się krzyk. Gdybym tylko przewidział..
-Jesteś kurwa ślepy czy jak?! Czy każdy tutaj nie ma oczów?! Ogarnijcie się! – koleś z trzaskiem położył tacę i ruszył w moim kierunku. Odważnie podniosłem wzrok do góry. N..niemożliwe. Czerwona bandana wyróżniała się spod brązowych włosów. Na sobie miał dres. Pff.. wszyscy nosimy takie ubranie. Już miał zamiar wygrażać ręką, gdy nagle.. przystanął. Ok.. co tu się wyprawia. Obejrzałem się do tyłu. Przecież nic się nie dzieje. Ludzie jedzą spokojnie swoje posiłki.. moment. Ignorują nas. Nie pojąłem. Wziąłem głęboki oddech. Pójdę gdzieś indziej. Nie wiedziałem, że.. słów mi brakuje. Potrzebuję pomocy. Pokręciłem głową i postawiłem kilka kroków do przodu. Mam zacząć się śmiać czy jak? Co ja w ogóle wyprawiam. Razem z jakimś chłopakiem.. stoimy naprzeciwko siebie, mierząc wzrokiem. On jest jakiś dziwny.. „a ty normalny? Nie wkurzyłbyś się?” Ranyy..
-Kojarzę Cię skądś.. nie byłeś czasami na rozrubie u Charliego? – zmarszczyłem brwi, słysząc to pytanie. O kurde..
-Nawet jeśli byłem to co?
-Nie wierzę.. powiedzieli mi, że trafi tutaj jakiś koleś, którego będę kojarzył, ale gdyby powiedzieli o Michaelu Cliffordzie, przegrałbym fortunę. Dobrze widzieć starego towarzysza – kpiąco się uśmiechnął. Suuper. Teraz moja chęć opuszczenia ośrodka stała się jeszcze większa, niż przypuszczałem.
-Odpuść sobie Ashton. – poklepałem go po ramieniu i przysiadłem się do stolika Chan. To będzie dłuuugi pobyt.

środa, 4 lutego 2015

Rozdział szósty - zły dzień.

Każdy z nas miewa takie dni, w których nie chce za żadne skarby rozmawiać z drugą osobą. Chce zostać sam i pogrążyć się w smutku. Wmawia sobie, że niby jest ok. Jednak.. chciałoby się posłuchać smutne piosenki, aby padał deszcz. 
Niestety to mnie dopadło. Od samego rana.. marudziłem, żeby nie powiedzieć, że wkurwiałem się na każdym kroku. Na zajęciach byłem całkowicie wyłączony. No.. zdawałoby się, że słucham, lecz.. to nie tak. Od dłuższego czasu mocno się pociłem. Po prostu było mi w chuj gorąco, a leki w żaden sposób nie potrafiły zbić temperatury. „On nie ma gorączki, nic nie rozumiem” – powiedziała pielęgniarka, do której trafiłem po godzinie dziewiątej. A może sam będę wiedział he? Wybaczcie wykształcenia lekarza nie posiadam plus.. coś się pogorszyło. Szepty.. zaczęły wracać. Znikąd. Przez tyle czasu miałem spokój, czasami udawało się, że nie nękały kilka dni. Jeszcze powróciły te omamy z Tylerem. CO ZE MNĄ NIE TAK?!
-Usiądź na krześle i poczekaj, aż wyjdzie Channtell. – że jak?! Podziałało jak na byka płachta. Co ona robiła u lekarza? Nie zauważyłem.. nie czuła się źle.. „Oh Michael przejmujesz się zwykłą śmiertelniczką, odpuść sobie”
-Nigdy.. – szepnąłem. „Ha ha.. nie wywalczysz dla niej zbawienia. Uwolnij siebie, potem ratuj innych” głupi śmieszek rozniósł się w moim umyśle echem. To nie tak.. to Chan.. musi.. uwolnić.. mnie.
Wow.. nigdy nie dałbym wiary, że pomyśle o tym w taki sposób. Przeczesałem ręką włosy. Niebieskie krzesełko zaczynało irytować. Gdy tylko drzwi się otworzyły, natychmiastowo wstałem. Zmierzyłem ją wzrokiem od góry do dołu. Nic szczególnego nie rzuca się w oczy. Już miałem wejść, lecz.. przystanąłem. Dlaczego ona ma na lewej ręce bandaż?! I w miejscu, gdzie miała blizny. Podszedłem do niej zdecydowanym krokiem. –Nie mów, że się pocięłaś.. – ciężko oddychałem.
-Ja.. przepraszam.. – spuściła głowę, ale kiedy chciała odejść, mocno złapałem ją za ramię. –Czemu to zrobiłaś?! – wrzasnąłem. –Obiecałaś! Nie mogłaś tego zrobić! Okłamałaś mnie! Nie daruję Ci tego! Oszukałaś.. – z moich ust posypały się w jej kierunku bluźnierstwa. Nawet nie zorientowałem się, że dwóch mężczyzn trzymało mnie, abym nie wyrwał z uścisku. Szarpałem się, kopałem nogami w powietrzu. Straciłem zaufanie. Rozmawialiśmy o tym. Ja będę się kontrolował, a Chan.. nie miała.. wykonywać kolejnych blizn. Dosyć, nienawidzę ją! Nie wiem jak długo to trwało, ale przenieśli „szaleńca Michaela” na łóże, na którym związali ręce. Co do cholery.. –Wypuście..! Nie jestem szalony! Dajcie mi normalnie żyć! Ja więcej nie będę..! – po ukłuciu igłą poddałem się. Powieki opadły, wbrew woli.
Sen.. koszmar. Znajdowałem się w Sali tortur. ONA też. Obok. Tyler śmiał się nam w twarz pokazując co róż nowe „zabawki”. Piła? Korbacz? Wszystko tu było. Nagle za jego plecami pojawił się Luke. To nie był on. Czarne oczy, uśmieszek. Posunął do Channtelle. Jak na złość poderżnął jej gardło. Wpadłem w szał. Krzyczałem, aby obudziła się.
„No patrz Clifford. Nie uratowałeś dziewczyny, bo sam jesteś przykuty. Tak już jest. Najpierw ratuj siebie, żeby inni nie cierpieli za twoją wolność” – syknął do ucha.
-Chaaan! – obudziłem się ze wrzaskiem. Kurwa.. takie sny.. byłem cały mokry. Leżałem pod białą kołdrą. Natychmiastowo zrzuciłem z siebie. Pidżama lepiła się do każdego centymetra ciała. Za jakie grzechy muszę przeżywać takie męczarnie? Nie potrafiłem unormować oddechu. Łzy w oczach.. chwila, ja płakałem? Najdziwniejsze co przytrafiło się w moim życiu.
-Dobrze, że się wybudziłeś. Ktoś czeka przy telefonie. Chce z tobą porozmawiać. Masz piętnaście minut, na ogarnięcie. – Steve wyjrzał przez drzwi i zniknął. Suuper. Miałem koszmar, najgorszy jaki mógłby się przyśnić, a ten oznajmia.. jenyy. Udałem się do łazienki i ściągnąłem wszystkie ubrania. Na moment wszedłem pod prysznic. Długi on nie był, bo miałem określony czas. Jakieś dwie minuty przed, biegłem do telefonu. Zdążyłem? Z niewiedzą podszedłem do urządzenia i chwyciłem za słuchawkę. Oby to nie był on..
-Halo? – wypowiedziałem niepewnie. Strach.. dlaczego objawia się w najmniej spodziewanym momencie? Czemu akurat boję się głosu po drugiej stronie? Przecież ta osoba mi nic nie zrobi. Chyba, że jest czarodziejem.. ha ha a oni nie istnieją! Dobre.
-Michael? Czy.. to naprawdę ty? – zamarłem. Musiałem oprzeć się o stolik z wrażenia. M..moja.. mama. Ignorowała swojego syna przez tyle czasu. Niewiarygodne. Aż wargi zadrżały.
-Tak mamo, to ja – wow.. nadal szok. Co się ze mną dzieje? Gniew, strach, mega zaskoczenie.. wszystko naraz. Rodzicielka odetchnęła z ulgą. Dałbym wiarę, że płacze, ponieważ ciągłe ciąganie nosem nie świadczy o katarze. Ze spokojem zaczęliśmy rozmawiać. Momentami.. uśmiechałem się na radośniejsze wiadomości. Kto by się nie cieszył. Mogłem słuchać ja godzinami. Po raz pierwszy.. szczerze przyznaję się, że tęsknię za nią. Przetrwała każdy mój wybryk, każde złe słowo skierowane do niej pod wpływem nerwów. Przekleństwa.. ile razy wyzwałem własną matkę w furii od suk? Tak, żałuję, ale co się stało, to się nie odstanie. Na wspomnienie o ojcu.. zamilkła. Powiedziała, że nie chce poruszać tego tematu. Za bardzo ją bolał. A.. jeżeli ktoś powiedział o zdradach taty? Kurde..  pokręciłem głową. Już miałem mówić o dzisiejszym związaniu, gdy do sali weszła Chan. Ok.. ona będzie też gadac przez telefon? Nie wiem.
-Synu.. czy.. zobaczymy się niedługo? Dajesz sobie radę? Masz jakieś wsparcie? Twoje wybuchy.. przeczuwałam coś o złych lekach, ale nie byłam pewna czy.. – wzięła głęboki oddech –Życzę Ci, aby w końcu ktoś odmienił twój los na lepsze. Postaraj zapomnieć o starych nawykach. Chciałabym, żeby stary Mikey powrócił pełni sił.. – schowałem twarz w dłoniach. Po policzkach dobrowolnie popłynęły łzy. Tylko.. tylko mama tak na mnie wołała.. kiedy byłem mały. Teraz.. nie wiedziałem co odpowiedzieć. Dzieciństwo.. dało o sobie znać. Miałem taką chwilę.. byliśmy na placu zabaw. Bujałem się na jednej z huśtawek, dokładniej.. ojciec popychał moje plecy, a ja szczerzyłem się do mamy. Rzecz w tym.. tego dnia założyłem koszulkę z myszką Miki.. bardzo ją lubiłem.. od tego.. powstało przezwisko, o którym wiedzieli jedynie rodzice, nikt inny.
-Też bym chciał, naprawdę. Eh.. mam wsparcie.. jest taka dziewczyna.. nie boi się moich wybuchów, lecz.. od rana uważałem.. posiadałem zły dzień.. poniosło.. zdenerwowanie.. nie potrafię ubrać w słowa. Podsumowując.. ciężko jest, będę walczył. Dla siebie.. dla innych.. – wypuściłem gwałtownie powietrze z płuc. Cholera.. może nie zostało to wypowiedziane perfekcyjne, ale.. ona zrozumiała co miałem na myśli. Ciepło pożegnaliśmy się, obiecując wynegocjować jakieś spotkanie. Oparłem się na ręce. Taka rozmowa była potrzebna. Odprężyłem myśli.. wyznaczyłem nowy cel. „Trzeba zapisać w pamiętniczku ku pamięci..” pomyślałem sarkastycznie. Drgnąłem na czyjeś odchrząknięcie. Zapomniałem.. Chan.. w jednym pomieszczeniu..
-Wybaczam – uśmiechnęła się i ukucnęła przy mnie. Ok.. nazywamy ten wieczór „Zaskakujemy Clifforda”?. Nie wiedząc o co jej chodzi, spojrzałem na nia pytająco. Od mojej osoby powinna oczekiwać przeprosin.. powinienem błagać o wybaczenie. Westchnąłem. Już nic nie ogarniam.
-Czy mogę dostać olśnienia? – zapytałem poruszając dłońmi w geście „ta daa”.. coś w tym stylu.
-Pewnie. Jakbyś nie zauważył.. słyszałam twoją konwersację. Pomińmy ten wybuch. Moja wina, stałam się słabą istotą, zrobiłam jedną kreskę, przepraszam. Te słowa.. liczę, że również mam w tobie wsparcie. – zachichotała i.. dostałem prezent. Buziak w policzek. Jeden gest.. a spowodował, że.. zastygłem. Ha ha! Nasuwa się pytanie. Całowałem się? Pewnie, że tak a kto tego nie robił.
Nie uciekałem przed dziewczynami, ale także na imprezach nie kręciłem z nimi. Owszem.. kiedyś tam chodziłem z nijaką Andreą.. pff przeszłość. Bardziej kręciły mnie bójki, bijatyki. Channtelle.. ma w sobie.. niezidentyfikowane coś. Lepiej czuję się w jej towarzystwie.
Gdy uszczypnęła prawą rękę, powróciłem na ziemię. Ugh.. co mówiła wcześniej? No..
-Masz je.. od samego początku. – pociągnąłem ją za dłoń, takim sposobem wleciała w moje ramiona, umożliwiając przytulenie. Jeju.. uwielbiam przytulać Chan.. dziwne stwierdzenie?
-Uważaj, bo jeszcze się przyzwyczaję – zachichotała. Puściłem to mimo uszów.
Ratowanie.. czas start.
----------------------------------------------------------
Ktoś tu w ogóle czekał? Haha, kogo ja oszukuję, ostatni post dodałam w sierpniu.
Owszem, ale zostawiłam wam informację.. opowiadanie mogliście przeczytać na serwisie wattpad c;
Ale no cóż, nie każdy ma tam konto itd, dlatego powróciłam żeby publikować dalej. Następny rozdział pojawi się w piątek.
Trochę przedłużałam powrót, ale nadal czekam na szablon, lecz.. poczekam sobie do końca lutego. Dziewczyna u której zamówiłam, ma strasznie dużo roboty z innymi szablonami..
to tyle.